nadopiekuńcza mama całuje dziecko w czoło
Rodzice z pokolenia milenialsów chcieli ustrzec swoje pociechy przed nadmierną samodzielnością. fot. Helena Lopes/Pexels

Pokolenie klucza na szyi doskonale pamięta, jak to jest musieć radzić sobie samemu, czasem zdecydowanie za wcześnie. Wielu z nas, milenialsów, obiecało sobie, że własnym dzieciom oszczędzi podobnych doświadczeń albo często po prostu robimy to podświadomie. Tyle że w tej trosce chyba trochę się zagalopowaliśmy. Chcąc chronić dzieci przed trudnościami, coraz częściej nie pozwalamy im nawet spróbować sobie z nimi poradzić.

REKLAMA

Pięciolatek na rękach, dziesięciolatek prowadzony za rękę

Byliśmy pokoleniem, które po szkole samo sobie odgrzewało obiad, pilnowało kluczy i wiedziało, że z podwórka trzeba wrócić o umówionej godzinie. Nikt nie stał nad nami z telefonem, nie sprawdzał co pięć minut, czy bezpiecznie dotarliśmy na miejsce, i nie pakował za nas każdego zeszytu do plecaka. Czasem ta samodzielność była fajna, ale czasem zwyczajnie wymuszona. Musieliśmy radzić sobie sami, nawet kiedy wcale nie byliśmy na to gotowi i część z nas do dziś walczy z parentyfikacją, którą mam wpisaną w nasze zachowania.

Wielu z nas pamięta też coś znacznie trudniejszego niż ta nadmierna samodzielność. Dzieci, które przejmowały obowiązki dorosłych, opiekowały się młodszym rodzeństwem i zbyt wcześnie uczyły się, że muszą być dzielne. Dziś doskonale rozumiemy, że dziecko nie powinno dźwigać odpowiedzialności, która należy do dorosłych.

Dlatego jako pokolenie obecnych rodziców obiecaliśmy sobie, że naszym dzieciom damy więcej bliskości, uwagi i wsparcia. Że nie zostawimy ich samych z problemami i że zawsze będziemy obok. Wielu z nas nie miało w domu emocjonalnego wsparcia, więc dziś chcemy dać je dzieciom w nadmiarze. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zamiast wspierać, zaczynamy wyręczać, a troska zmienia się w przekonanie, że dziecko bez naszej pomocy nie poradzi sobie z najprostszą rzeczą.

Wystarczy popatrzeć na codzienność w szkołach i przedszkolach. Rodzice odprowadzają dzieci do szatni, pilnują zmiany butów, sprawdzają każdy szczegół. Niektóre dzieci w wieku szkolnym nadal nie mają okazji samodzielnie pokonać nawet dobrze znanej drogi do szkoły. Z kolei w przedszkolnych korytarzach można zobaczyć rodziców niosących na rękach dzieci, które dawno potrafią już same przejść ten dystans.

Nie każda trudność jest krzywdą

Oczywiście, są też dzieci z różnymi trudnościami, zaburzeniami, neuroatypowością. Nie chodzi o to, żeby zawstydzać rodziców ani urządzać konkurs na najbardziej samodzielnego pięciolatka. Sama przecież wiem, jak łatwo pomyśleć, że zrobię coś szybciej, dokładniej i bez niepotrzebnych nerwów zamiast czekać aż mój 6-laetni syn zrobi to samodzielnie. Ile razy odruchowo chciałam pomóc, zanim dziecko zdążyło w ogóle spróbować?

Tyle że za każdym razem muszę się zatrzymać. Bo jeśli będę robić wszystko za niego, skąd ma wiedzieć, że sam też potrafi? Ja to wiem i (z trudem) siebie stopuję, ale wielu rodziców w tym "pomaganiu" nie widzi zupełnie problemu.

Mam wrażenie, że jako rodzice bardzo boimy się dziś dziecięcych porażek. Nie chcemy, żeby dziecko było smutne, zawstydzone, żeby o czymś zapomniało albo musiało przyznać, że czegoś nie umie. Wchodzimy więc do akcji, zanim pojawi się problem. Pakujemy plecak, przypominamy o pracy domowej, pilnujemy stroju na WF, rozwiązujemy konflikty z kolegami. Chcemy oszczędzić dzieciom stresu, ale przy okazji odbieramy im okazję do ćwiczenia odpowiedzialności i smaku konsekwencji czy porażki.

A przecież najczęściej to nie są doświadczenia, przed którymi trzeba dziecko za wszelką cenę chronić. Czasami właśnie dzięki nim uczy się, jak rozwiązywać problemy. Dowiaduje się, że potrafi, że może spróbować jeszcze raz i że nie musi być doskonałe, żeby sobie poradzić.

Nie chcę, żeby moje dzieci musiały być samodzielne dlatego, że nie mają na kogo liczyć. Chcę, żeby były samodzielne, bo wiedzą, że mogą na sobie polegać. To ogromna różnica. Nie zamierzam zostawiać ich samych z problemami, ale wyręczanie na każdym kroku może skończyć się tym, że jako 20-latki nie będą umiały sobie samodzielnie z niczym poradzić.

Możemy być blisko i pozwolić im działać

Nie chodzi o powrót do czasów, kiedy dzieci musiały radzić sobie ze wszystkim same, ani o to, żeby teraz nagle wymagać od pięciolatków odpowiedzialności dziesięciolatków. Chodzi o znalezienie równowagi, której nam, rodzicom, czasem tak bardzo brakuje.

Możemy przytulić dziecko, kiedy coś mu nie wyjdzie, i jednocześnie pozwolić mu spróbować ponownie. Możemy pomóc mu spakować plecak, ale nie musimy robić tego za nie każdego wieczoru. Możemy odprowadzić je do szkoły, a z czasem dawać mu coraz więcej przestrzeni, jeśli pozwalają na to jego umiejętności i warunki.

Sama też muszę się tego uczyć. Nie zawsze jest łatwo odpuścić, zwłaszcza kiedy człowiek jest zmęczony, spieszy się do pracy i chce mieć wszystko pod kontrolą. Ale wiem, że ten pozorny spokój może mieć swoją cenę.

Nie chcę wychować dzieci, które w dorosłym życiu będą czekały, aż ktoś powie im, co mają zrobić, albo które będą bały się podjąć decyzję bez konsultacji z mamą. Chcę, żeby wiedziały, że mają moje wsparcie, ale nie potrzebują mojej ciągłej kontroli.

Pokolenie naszych rodziców czasem wymagało od dzieci zbyt wiele. My próbujemy nie popełnić tego samego błędu, więc czasem nie wymagamy prawie niczego. A przecież między zostawieniem dziecka samemu sobie a robieniem wszystkiego za nie jest jeszcze mnóstwo miejsca na mądre rodzicielstwo.