dziecko leży ze smartfonem i je ciastka
Wielu rodziców wyręcza dzieci z różnych czynnościach dla ich komfortu. fot. cottonbro studio/Pexels

Nie chcę wychować syna, który jako dorosły będzie dzwonił do mnie z pytaniem, jak włączyć pralkę. Sama jeszcze nie wiem, czy za dwa lata pozwolę mu prasować albo zostawię go samego w domu, ale wiem, że chcę, by potrafił zadbać o siebie. Burza wokół listy umiejętności dla 10-13-latków pokazała mi, jak bardzo boimy się dziś zarówno wyręczania dzieci, jak i wymagania od nich samodzielności.

REKLAMA

Niewygodna lista obowiązków dla 13-latków

Wystarczył jeden obrazek na Facebooku, żeby rodzice zaczęli się spierać o to, czy dziesięciolatek może zrobić pranie, przygotować sobie posiłek albo wyprasować ubranie. Jedni uznali, że lista umiejętności dla dzieci w wieku 10-13 lat, którą opublikowano na facebookowym profilu "Dzieckiem bądź" to absurd i wymagania rodem z obozu przetrwania, inni pytali, dlaczego właściwie mielibyśmy wyręczać dzieci w czynnościach, które za kilka lat będą ich codziennością.

A ja pomyślałam, że ta awantura bardzo wyraźnie pokazuje, jak podzielone jest społeczeństwo w kwestii wychowywania dzieci i jak bardzo to temat niewygodny dla rodziców. Mam wrażenie, że w wychowaniu samodzielności wpadliśmy w dwie skrajności. Albo dziecko ma być niemal samowystarczalnym człowiekiem od kołyski, albo rodzic robi za nie wszystko, bo przecież "od tego jest rodzic". Tymczasem prawda, jak zwykle, leży gdzieś pomiędzy.

Na grafice profilu "Dzieckiem bądź" znalazła się lista rzeczy, które – oczywiście w zależności od wieku i możliwości konkretnego dziecka – można stopniowo wprowadzać między 10. a 13. rokiem życia. Planowanie prostego posiłku, zrobienie zakupów, przygotowanie jedzenia, nastawienie prania, prasowanie, posprzątanie, zadbanie o swoje rzeczy czy zostanie przez jakiś czas samemu w domu.

W komentarzach rozpętała się burza. "10 latek ma sam zaplanować posiłek i zrobić zakupy? Nie wspomnę jak głupim pomysłem jest danie dziecku kosiarki albo pozwolenie żeby wyciągał z piekarnika gorące danie. Puknijcie się w łeb" – napisała jedna z komentujących.

Ktoś inny ironizował: "Czyli powinien być jak dorosły wracając ze szkoły robi zakupy (10 lat to czwarta klasa) robi obiad nastawia pranie i poprasuje więc my rodzice wracamy z pracy i już nic nie musimy robić i czeka na nas pyszny gotowy obiadek i wszystko w domu ogarnięte już to widzę".

I tu akurat jest rzecz, z którą trudno się nie zgodzić. Dziesięciolatek nie powinien wracać ze szkoły i przejmować prowadzenia domu, bo rodzice są zmęczeni po pracy. Nie po to uczymy dziecko samodzielności, żeby zrobić z niego darmową pomoc domową. Chodzi po prostu o to, by dziecko umiało te rzeczy zrobić i czuło się pewnie, jeśli w jakiejś nagłej sytuacji będzie coś z takich obowiązków musiało zrobić w domu.

To nie zadania do wykonania tylko potrzebne umiejętności

Z drugiej strony, jeśli dziecko ma kilkanaście lat i nadal nie potrafi zrobić sobie prostego posiłku, włączyć pralki, posprzątać po sobie, przygotować plecaka czy poradzić sobie z drobnymi obowiązkami domowymi, bo przez całe życie ktoś robił to za nie, to nie jest już troska. To może być zwyczajnie odebranie mu okazji do nauczenia się życia.

Bardzo spodobał mi się jeden komentarz pod tym postem: "Słyszałam ostatnio takie fajne określenie, że dziś wychowuje się tzw. hotelowe dzieci – mają posprzątane, wyprasowane, bufet all inclusive/patrząc po oburzeniu niektórych w komentarzach pewnie coś w tym jest".

Hotelowe dzieci: mocne określenie, ale coś w nim jest.

Bo przecież samodzielność nie polega na tym, że dziesięciolatek codziennie gotuje rodzinie obiad i prasuje wszystkim koszule. Polega na tym, że kiedy pewnego dnia zostanie sam w domu, potrafi zrobić sobie kanapkę. Kiedy zabraknie czystej bluzy, wie, co z tym zrobić. Kiedy coś się rozleje, bierze szmatkę, a nie woła mamę. Kiedy trzeba spakować plecak, potrafi sprawdzić, czego potrzebuje.

I przede wszystkim: wie, że potrafi i nie wpadnie w panikę, że musi nagle uprasować sobie samo koszulkę. To jest ogromna różnica.

Sama jestem mamą młodszych dzieci i absolutnie nie mam poczucia, że mogę dziś z całą pewnością powiedzieć, co mój ośmiolatek będzie robił za dwa czy pięć lat. Nie wiem, czy w wieku dziesięciu lat pozwolę mu prasować (dziś tego nie robi). Nie wiem, kiedy będę gotowa (on także) zostawić go samego w domu na dłużej. To są kwestie zależne od dziecka, jego dojrzałości i konkretnej sytuacji.

Ale jednocześnie trudno mi sobie wyobrazić, że za kilka lat większość podstawowych czynności z tej listy miałaby być dla niego czymś zupełnie obcym. Już dziś jest bardzo samodzielnym chłopcem. I pamiętam, że sama jako dwunastolatka nie miałam problemu z rzeczami, które dziś część rodziców uznaje za zdecydowanie zbyt wymagające.

Znam rodziców, którzy nigdy swoich 16-laetnich dzieci nie puścili samych, by pokonały drogę do szkoły pieszo, bo zawsze je wszędzie podwożą. Dla mnie to już gruba przesada, bo to prawie dorosła osoba, która nie ma pojęcia, jak odnaleźć się w dorosłym życiu.

Nie chodzi przecież o to, żeby od najmłodszych lat tresować dzieci do wykonywania obowiązków. Chodzi o to, żeby ich nie pozbawiać doświadczeń, które dają im samodzielność, a przez to też pewność siebie.

Zabierasz dziecku nie tylko samodzielność

Bo kiedy rodzic zawsze wiąże buty, przygotowuje ubrania, pakuje plecak, nalewa wodę, robi kanapki, sprząta zabawki, przypomina o każdej rzeczy i rozwiązuje każdy najmniejszy problem, dziecko może zacząć wierzyć, że świat rzeczywiście jest zbyt trudny, żeby poradziło sobie z nim samo i nawet w wieku 30 lat będzie wymagało, by rodzic je wspierał na każdym kroku.

A przecież jednym z naszych podstawowych zadań jest dać mu poczucie, że poradzi sobie w życiu i dorosłości bez pomocy rodzica. To nie tylko kwestia praktycznych umiejętności.

To także pewność siebie, poczucie sprawczości i bezpieczeństwa. Dziecko, które wie, że potrafi przygotować sobie jedzenie, zadzwonić w ważnej sprawie, znaleźć rozwiązanie problemu czy zadbać o własne rzeczy, dostaje coś znacznie cenniejszego niż idealnie wyprasowaną koszulkę. Dostaje przekonanie, że w razie czego sobie poradzi.

Jesteśmy od tego, żeby opiekować się dziećmi. Jesteśmy od tego, żeby je chronić, pomagać im i zapewniać im bezpieczeństwo. Ale jesteśmy też od tego, żeby kiedyś przestały nas potrzebować przy każdej najdrobniejszej czynności.

Nie wychowujemy dzieci po to, żeby do końca życia być ich osobistym działem technicznym, pralnią, kuchnią, budzikiem i sekretariatem.

Nie chodzi jednak również o drugą skrajność. Dziecko nie powinno dostawać listy zadań jak dorosły pracownik i codziennie po szkole ogarniać domu. Ma mieć czas na zabawę, odpoczynek, naukę, kolegów i zwyczajne bycie dzieckiem. Nie każde zadanie z grafiki będzie odpowiednie dla każdego dziesięciolatka.

Prasowanie czy sprzęty ogrodowe wymagają oceny ryzyka, a zostawienie dziecka samego w domu to decyzja rodzica, a nie punkt do odhaczenia z internetowej listy. To proces i można go zacząć od rzeczy naprawdę małych. Nie po to, żeby mieć mniej pracy jako rodzic. Po to, żeby dziecko miało więcej wiary w siebie.

Jak napisała jedna z komentujących: „Sami sobie to robicie, drodzy rodzice. A potem zdziwienie, że wyrasta pokolenie ameb umysłowych, nie umiejących zrobić nic wokół siebie...". Może określenie jest ostre. Ale warto się zastanowić, czy czasem nie wyręczamy dzieci nie dlatego, że one tego potrzebują, tylko dlatego, że tak jest szybciej, wygodniej i spokojniej.