znudzony chłopiec uczy się
Rozczarowanie po porażce może łatwo przerodzić się w próbę demotywowania dziecka. fot. Tima Miroshnichenko/Pexels

Jedna dwójka w e-dzienniku potrafi w rodzicu uruchomić więcej emocji niż jego własne oceny sprzed lat. Sama kilka razy miałam na końcu języka "Jak mogłeś tego nie wiedzieć?", choć wiem, że zamiast motywować, takie słowa mogą sprawić, że dziecko zacznie bać się nie tyle kolejnej kartkówki, ile mojego rozczarowania. Podpowiadamy, jak wspierać, stawiać granice i budować w dziecku wiarę w siebie.

REKLAMA

"Jak mogłeś tego nie wiedzieć?"

Pierwsze kartkówki są trochę jak zimny. Nagle na sprawdzianie pojawia się trójka albo dwójka i rodzic musi zdecydować, co zrobić z własnym rozczarowaniem. Bo przecież chcemy, żeby nasze dzieci były najlepsze, ale nie chcemy wychować człowieka, który uwierzy, że jest coś wart tylko wtedy, gdy wszystko robi idealnie i dostaje same piątki.

Słowa "Jak mogłeś tego nie wiedzieć?" cisnęły mi się na usta parę razy, ale zawsze w porę się stopowałam. Widziałam ocenę, patrzyłam na błędy i od razu miałam ochotę zapytać: "Ale jak to? Przecież to było na lekcji". Zwłaszcza kiedy wiem, że moje dziecko naprawdę potrafi więcej.

Tyle że dziecko nie zawsze potrzebuje w takim momencie kolejnego przypomnienia, że mogło zrobić coś lepiej. Ono przecież już doskonale to wie, patrząc na otrzymaną ocenę. A jeśli jeszcze słyszy rozczarowany głos rodzica, łatwo może dojść do wniosku, że zawiodło nie tylko nauczyciela, ale też mamę czy tatę.

Chciałabym, żeby syn się uczył, rozwijał i wykorzystywał swoje możliwości. Oczywiście, że chciałabym widzieć dobre oceny. Ale nie chcę, żeby każda czwórka była dla niego sygnałem, że powinien się bardziej postarać, a każda dwójka – dowodem, że nie jest wystarczająco dobry. Staram się uczyć jego, ale samej sobie też przypominać, że oceny to naprawdę tylko cyferki i nie znaczą o wartości człowieka.

Zamiast od razu oceniać, można najpierw zapytać: "Co się stało?". Może zadanie było niezrozumiałe albo dziecko pomyliło pojęcia. Może nie doczytało polecenia, bo się spieszyło. A może po prostu jeszcze czegoś faktycznie nie umie.

"Od dziś codziennie godzina nauki"

Druga pułapka to natychmiastowe zarządzanie kryzysem i próba ratowania "na już". Jedna słaba ocena i nagle pojawiają się dodatkowe ćwiczenia, zakaz konsoli, mniej bajek i codzienne ślęczenie przy biurku. Rodzic chce zmotywować, a dziecko słyszy odbiera komunikat, że jak dostało złą ocenę, to teraz musi przeboleć także negatywne skutki.

Oceny są informacją o tym, co dziecko już opanowało, a czego jeszcze nie, ale nie przywiązuję do nich ogromnej wagi. Jeśli kolejny sprawdzian pokazuje ten sam problem, trzeba się nim zająć. Granice też są potrzebne – jeśli dziecko ma obowiązek przygotować się do kartkówki, nie będę odrabiała za niego pracy ani codziennie przypominała o każdej stronie w zeszycie.

Ale granica nie musi oznaczać kary, bo taka kara jak brak bajek to nie jest konsekwencja złej oceny. Możemy wspólnie ustalić, co trzeba poprawić. Możemy rozłożyć materiał na mniejsze części, znaleźć sposób na powtórkę albo zapytać nauczyciela, czego konkretnie dziecko powinno się douczyć. Dziecko nadal jest odpowiedzialne za swoją naukę, ale nie zostaje z problemem samo.

Dla mnie to właśnie jest bliskość połączona z granicami. Jestem obok, pomagam, kiedy tego potrzebuje, ale nie będę uczyć się za nie.

"Przecież zawsze byłeś taki dobry"

To zdanie może brzmieć jak pochwała, a czasami działa zupełnie odwrotnie. Dziecko, które słyszy, że "zawsze było dobre z matematyki", może zacząć bać się momentu, w którym matematyka przestanie przychodzić mu łatwo.

Nie chcę, żeby moje dzieci budowały swoją wartość na etykietach. Nie chcę, żeby syn myślał o sobie: "Jestem dobry, jeśli mam piątki" albo "Jestem słaby, jeśli dostałem dwójkę". Dlatego bardziej interesuje mnie droga niż sama cyferka w dzienniku. Czy próbował? Czy zauważył swój błąd? Czy potrafił poprosić o pomoc? Czy następnym razem zrobi coś inaczej?

Jeśli dziecko odpuszcza naukę, nie przygotowuje się albo liczy na to, że ktoś zrobi wszystko za nie, trzeba to jasno powiedzieć. Wiara w siebie nie bierze się przecież z ciągłego klepania po plecach. Bierze się również z doświadczenia: "Nie umiałem, poćwiczyłem i teraz potrafię".

I chyba właśnie tego chciałabym nauczyć swoje dzieci najbardziej. Nie tego, że mają być najlepsze. Tylko tego, że mogą być coraz lepsze. Sama doskonale znam tę pułapkę. Człowiek chce dla dziecka jak najlepiej, więc łatwo zaczyna przenosić na nie własny perfekcjonizm. Chce, żeby miało dobre oceny, było przygotowane, odpowiedzialne i radziło sobie bez problemu. Tylko że dziecko nie potrzebuje rodzica, który codziennie sprawdza, czy jest wystarczająco dobre.