
Koniec wakacji coraz bliżej, a rodzice w mediach społecznościowych znów udostępniają memy o powrocie dzieci do szkoły i przedszkola. Kiedyś oburzały mnie takie żarty, dziś sama się z nich śmieję i odliczam dni do września. Nie dlatego, że mam dość swoich dzieci, ale dlatego, że po dwóch miesiącach wszyscy potrzebujemy powrotu do codziennego rytmu.
Śmieszne memy o powrocie dzieci do szkoły
Kiedyś naprawdę oburzały mnie memy o końcu wakacji. Te wszystkie obrazki rodziców, którzy z nieukrywaną radością odliczają dni do pierwszego wrześniowego dzwonka. Wiecie, memy z podpisami typu: "Jeszcze tylko kilka dni" albo zdjęcie otwierającego się szampana z podpisem sugerującym, że właśnie kończy się najtrudniejszy okres w roku.
Patrzyłam na to i myślałam: "Jak można tak mówić o własnych dzieciach?"
Myślałam o tym, że przecież jako rodzice sami się na dzieci zdecydowaliśmy. To my jesteśmy odpowiedzialni za opiekę nad nimi i nie powinniśmy narzekać. A wakacje powinny być czasem, na który wszyscy czekamy. Oznaczają przecież więcej luzu, wspólnego czasu, żadnego wstawania do szkoły, odrabiania lekcji i biegania z jednych zajęć na drugie.
Wydawało mi się wtedy, że rodzic, który cieszy się z końca wakacji, po prostu ma dosyć własnych dzieci. A dziś sama udostępniam te memy i wcale nie dlatego, że mam dosyć moich synów. Po prostu w końcu rozumiem, co mieli na myśli tamci rodzice.
Mam dwóch synów – jednego w wieku szkolnym, drugiego przedszkolnym – i przez większość wakacji jesteśmy razem praktycznie bez przerwy. Oczywiście mieliśmy rodzinne urlopy, wyjazdy, wspólny czas i wtedy było naprawdę dobrze. Odpoczęliśmy, zobaczyliśmy nowe miejsca, pobyliśmy ze sobą inaczej niż w codziennym biegu. To był ten rodzaj wakacji, którego potrzebowaliśmy. Ale wakacje dzieci nie składają się wyłącznie z urlopu rodziców.
Z ulgą powitam wrzesień
Jest jeszcze kilka tygodni, kiedy dzieci mają wolne, a rodzice muszą pracować. I właśnie teraz siedzę z dziećmi w domu i coraz częściej łapię się na tym, że wszyscy mamy już trochę dość, a ja osobiście odliczam do 1 września.
Pracuję w dużej mierze zdalnie. I wiem, że mam pod tym względem łatwiej niż rodzic, który codziennie musi pojawić się w biurze i jeszcze dodatkowo musi dzieciom zorganizować opiekę (bo przecież 8-latka nie zostawisz na 9-10 godzin samego w domu). Mnie to dzięki Bogu omija.
Mogę być obok, zrobić im jedzenie, rozwiązać jakiś konflikt, przypomnieć o kolejnej przekąsce i odpowiedzieć na setne "Mamo, a co będziemy teraz robić?". Tylko że jednocześnie mam pracę i zobowiązania zawodowe jak naprawdę wielu rodziców.
Mail nie poczeka dlatego, że dziecko się nudzi. Spotkanie nie przesunie się dlatego, że właśnie trwa kłótnia o klocki. Termin nie zniknie, bo ktoś od rana marudzi.
I nagle okazuje się, że praca zdalna przy dzieciach w domu wcale nie oznacza, że można spokojnie połączyć jedno z drugim. Można. Tylko czasami kosztuje to naprawdę dużo energii. Wieczorem w ostatnich tygodniach jestem tak wykończona – nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie – że jedyne, na co mam siłę to siedzenie z kubkiem herbaty i gapienie się w ścianę.
W ciągu roku szkolnego placówki synów zdejmują z moich barków sporą część codziennej organizacji. Nie tylko opieki. Także jedzenia, planowania dnia, wymyślania zajęć, kontaktu z rówieśnikami, zapewniania dzieciom aktywności. Nie doceniałam tego kiedyś tak bardzo, jak doceniam teraz.
Zobacz także
Wystarczy laby, wracamy do obowiązków
Bo kiedy dzieci są przez cały dzień w domu, nagle jestem nie tylko mamą. Jestem też kucharką, animatorką, sędzią w sporach o zabawki, organizatorką czasu wolnego i osobą, która musi jeszcze znaleźć moment na własną pracę. I wiecie co? Dzieci też mają już dość.
Tęsknią za kolegami, za codziennym rytmem, za tym, że coś się dzieje. Coraz częściej się nudzą, marudzą, zaczepiają siebie nawzajem. Mam wrażenie, że nawet oni sami chcieliby już wrócić do swojej codzienności.
Pod koniec czerwca wszyscy byliśmy zachwyceni perspektywą dwóch miesięcy bez budzika, lekcji, odrabiania prac domowych i zajęć dodatkowych. Chcieliśmy spać dłużej, jeść śniadania bez patrzenia na zegarek i mieć poczucie, że nic nie musimy.
I tego właśnie potrzebowaliśmy. Ale dwa miesiące to naprawdę sporo czasu na regenerację. Wystarczająco dużo, żeby odpocząć, wyspać się, pobyć razem i naładować baterie. A także wystarczająco dużo, żeby zacząć tęsknić za rutyną, której w czerwcu mieliśmy serdecznie dosyć.
Dlatego dziś patrzę na te wszystkie memy zupełnie inaczej. Nie widzę w nich rodziców, którzy nie kochają swoich dzieci. Widzę zmęczonych ludzi, którzy przez dwa miesiące próbowali pogodzić dziecięce potrzeby z własną pracą, obowiązkami i zwyczajnym życiem.
I sama odliczam. Nie do momentu, kiedy "pozbędę się dzieci". Do momentu, kiedy cała nasza rodzina znowu będzie miała swój rytm.




