Ewa Woydyłło, Iga Świątek
Jedno zdanie uruchomiło lawinę. Afera wokół Ewy Woydyłło pokazuje, jak łatwo autorytet może stracić zaufanie. fot. instagram/woydyllo, instagram/iga.swiatek

Słowa Ewy Woydyłło o Idze Świątek, a konkretnie nazwanie jej "głupiutką", wywołało ogromne emocje i podzieliło opinię publiczną. Gdy większość krytykowała znaną psycholożkę, Robert Rutkowski opublikował wpis, w którym postanowił stanąć w jej obronie. Ta historia nie dotyczy jednak wyłącznie tenisa ani jednej niefortunnej wypowiedzi – mówi przede wszystkim o odpowiedzialności ludzi, których społeczeństwo uznaje za autorytety.

REKLAMA

Burza po słowach Ewy Woydyłło

Wszystko zaczęło się od podcastu "Return", w którym psycholożka i terapeutka uzależnień Ewa Woydyłło oceniała sytuację tenisistki Igi Świątek twierdząc, że nie lśni już jak prawdziwa gwiazda, tylko jest "spadającym meteorem".

Najwięcej emocji wzbudziły słowa:

"Ona wyskoczyła jako taka gwiazda i jeszcze wykreowała się na taką rozumną, dojrzałą, mądrą dziewczynę. A jest prawdopodobnie głupiutka, wystraszona. Sama nie rozumie tego, co się dzieje. I nawet nie wiem, czy tam da się jej wytłumaczyć, bo przecież nie tylko tam siedzi Abramowicz, ale tam siedzi trzech panów, czterech panów, ojciec, siostra".

Dla wielu osób było to przekroczenie granicy. Nie chodziło nawet o samą ocenę sportową, ale o sposób mówienia o młodej kobiecie, która od lat funkcjonuje pod ogromną presją.

W obronie tenisistki stanął m.in. dziennikarz "Gazety Wyborczej" Jacek Hołub, który stwierdził:

"Jestem w szoku. Czy pani psycholog Ewa Woydyłło zdaje sobie sprawę, że to pozbawione empatii i raniące słowa? Nie możemy nikomu pozwalać na przemoc słowną i pogardę. Czy chcielibyście, żeby wasza psycholożka rozmawiała z wami w ten sposób? Czy chcielibyście, żeby wasza psycholożka mówiła w ten sposób publicznie o innych osobach? Dla mnie to skandal".

Robert Rutkowski spojrzał na sprawę z innej strony

Głos w tej sprawie zabrał też Robert Rutkowski, psychoterapeuta. Ku zaskoczeniu wielu napisał, że... będzie bronił Ewy Woydyłło. Nie dlatego, że zgadza się z jej słowami. Wręcz przeciwnie. Jego argument był zupełnie inny.

Rutkowski przypomniał o regule Goldwatera, czyli zasadzie etycznej mówiącej, że specjalista nie powinien publicznie diagnozować osób, których nigdy nie badał.

Według niego w wypowiedzi Woydyłło... nie było diagnozy.

Napisał:

"Szukam w tym wszystkim diagnozy. Szukam sumiennie, z trzydziestoletnim stażem klinicznym, ze znajomością klasyfikacji ICD i DSM. I melduję: nie znalazłem. 'Głupiutka' nie figuruje w żadnej klasyfikacji zaburzeń. 'Ruska baba' także nie, sprawdzałem dwa razy. Zero kryteriów. Zero kodów. Zero terminologii. Przecież to nie jest język psychologii. To język trybun, i to tych sektorów, na które porządny kibic zagląda z pewną ostrożnością. Wypowiedź czysto kibicowska. Że wybrzmiała trochę kibolsko, cóż, to już inna sprawa".

Jego zdaniem była to wypowiedź prywatna, bardziej przypominająca komentarz kibica niż profesjonalną opinię psychologa.

"Zadajmy więc pytanie, które w całej tej burzy jakoś nie padło. Czy specjalistka od terapii musi być święta? Czy ma zawsze mówić rzeczy popularne, okrągłe i lekkostrawne niczym owsianka w sanatorium? Bądźmy szczerzy: nie bluzgała. Wulgaryzmów nie było. Owszem, była arogancja, była ocena cudzych osiągnięć, ale przecież prywatna. A prywatnie człowiek może nie być gładki ani subtelny. Może się prywatnie nie podobać. Ekspert też człowiek".

Najmocniejsze zdanie zostawił jednak na koniec:

"Prywatność eksperta kończy się tam, gdzie zaczyna się mikrofon".

I właśnie to zdanie wydaje się najważniejsze w całej tej historii.

Iga Świątek
Iga Świątek na korcie instagram/iga.swiatek

Nie wszystko jest czarno-białe

Jest w tej sprawie coś, co mnie porusza bardziej niż sama wypowiedź. Ewa Woydyłło ma ogromny dorobek. Przez dziesięciolecia pomagała ludziom, napisała wiele ważnych książek, dla tysięcy osób była pierwszą osobą, która oswoiła temat terapii i uzależnień. Tego dorobku nie da się wymazać jednym wywiadem.

Jednak równie prawdziwe jest to, że człowiek z takim doświadczeniem waży słowa inaczej niż przeciętny komentator internetu. Bo kiedy profesor, lekarz, psycholog czy terapeuta mówi publicznie, ludzie słyszą nie tylko Ewę, ale przede wszystkim autorytet.

Mam wrażenie, że w tej historii zadziałał mechanizm, który znamy aż za dobrze. Starsze pokolenie czasem patrzy na młodszych z pozycji: "ja wiem lepiej". Bywa, że pojawia się myślenie: młoda dziewczyna odniosła sukces, ale przecież można ją sprowadzić do pionu. Można powiedzieć, że jest "głupiutka" i że jeszcze niewiele rozumie.

Nie twierdzę, że taki był świadomy zamiar Ewy Woydyłło, ale właśnie tak wiele osób odebrało te słowa. To nie był komentarz o taktyce tenisowej. To była ocena człowieka.

W tej historii nie ma tylko jednej ofiary. Łatwo zrobić z tej sprawy prostą opowieść. Z jednej strony zła ekspertka. Z drugiej skrzywdzona sportsmenka. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Można jednocześnie uważać, że Ewa Woydyłło powiedziała coś, czego nie powinna była mówić publicznie. Można jednocześnie szanować jej ogromny dorobek.

Można też zgodzić się z Robertem Rutkowskim, że nie doszło do publicznego diagnozowania w rozumieniu reguły Goldwatera. Można jednocześnie uznać, że autorytet ponosi większą odpowiedzialność za język niż przeciętny użytkownik internetu. To wszystko nie wyklucza się nawzajem.

Najbardziej niepokoi mnie coś innego niż sama afera. Coraz częściej mylimy prawo do własnej opinii z prawem do ranienia drugiego człowieka, a przecież empatia nie jest ograniczeniem wolności słowa, tylko dowodem dojrzałości.

Im większy autorytet, tym większa odpowiedzialność za każde publicznie wypowiedziane zdanie. Właśnie dlatego uważam, że Robert Rutkowski trafnie zauważył, iż mikrofon zmienia wszystko, ale równie ważne jest to, by pamiętać, że po drugiej stronie zawsze siedzi żywy człowiek, który ma uczucia.

Napisz do mnie na maila: anna.borkowska@mamadu.pl