dzieci bawią się na osiedlu
Zabawa na osiedlu w klatach 90. wiązała się ze słuchaniem również sąsiadów. fot. Jah Nomad/Unsplash

Kiedyś dzieci uczyły się zasad społecznych nie tylko od rodziców, ale także od sąsiadów, dziadków i innych dorosłych. Dziś wielu z nas boi się zwrócić uwagę obcemu dziecku, a stawianie granic coraz częściej przegrywa z chęcią uniknięcia konfliktu. Czy w pogoni za bezstresowym wychowaniem nie zgubiliśmy odpowiedzialności za wspólną przestrzeń i wzajemny szacunek?

REKLAMA

O zasadach społecznych uczyliśmy się w praktyce

Pamiętam swoje dzieciństwo i mam wrażenie, że wyglądało zupełnie inaczej niż dzieciństwo moich dzieci. Nie chodzi tylko o brak smartfonów, internet czy trzepaki, które dziś są chyba przede wszystkim symbolem lat 90. (bo przecież już nikt prawie nie trzepie dywanów). Chodzi o coś zupełnie innego. Kiedyś dzieci wychowywało nie tylko dwoje rodziców. W pewnym sensie wychowywało je całe osiedle, rodzina i bliscy.

Jeżeli biegaliśmy po klatce schodowej, czasami jakaś sąsiadka otworzyła drzwi i powiedziała, żebyśmy przestali hałasować. Jeżeli kopaliśmy piłką w elewację, sąsiad zwrócił uwagę. Jeżeli zrywaliśmy kwiaty z miejskich rabat albo przeszkadzaliśmy starszym ludziom siedzącym na ławce, prędzej czy później ktoś reagował.

Nikt nie zastanawiał się, czy ma do tego prawo. Dorośli czuli się odpowiedzialni za wspólną przestrzeń, a dzieci wiedziały, że pewnych rzeczy po prostu się nie robi. Przy tym nikt nie robił tego agresywnie, a dzieciaki też raczej nie pyskowały, tylko starały się dostosować do uwag dorosłych.

Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Wielu dorosłych odwraca wzrok, kiedy widzi problematyczne zachowania dzieci. Nie dlatego, że nie widzi problemu, po prostu boi się odezwać. Boi się, że za chwilę usłyszy, że nie powinien wtrącać się w cudze wychowanie. Jeszcze bardziej boi się spotkania z rodzicem, który uzna każdą uwagę skierowaną do jego dziecka za osobisty atak.

Dziś naszym dzieciom włos nie może spaść z głowy

Sama jestem mamą i doskonale wiem, że nikt nie lubi słuchać krytyki dotyczącej własnego dziecka. Każdy z nas chce wierzyć, że robi wszystko jak najlepiej i większość z nas stara się z całych sił. Każdemu zdarza się też gorszy dzień, kiedy dziecko jest zmęczone, marudne albo zwyczajnie testuje granice. Nie da się wychować dzieci bez trudnych momentów.

Jednocześnie coraz częściej mam wrażenie, że jako rodzice zaczynamy bać się stawiania granic. Czasami odpuszczamy dla świętego spokoju. Nie chcemy kolejnej awantury w sklepie, płaczu na placu zabaw czy krzyków w restauracji. Łatwiej powiedzieć "dobrze" niż konsekwentnie wytrzymać kilka minut protestu. Problem polega na tym, że dzieci bardzo szybko uczą się, że wystarczy być głośniejszym od dorosłego i dostaną to, czego chcą.

Widzę to nie tylko u innych rodziców. Widzę to także u siebie. Są dni, kiedy mam ochotę machnąć ręką i powiedzieć, że nie mam już siły walczyć o każdą drobnostkę. Tylko że dzieci doskonale wyczuwają takie momenty. Jeżeli raz odpuścimy, następnym razem granica przesunie się jeszcze dalej.

Nie chodzi o to, żeby dzieci były ciche, siedziały bez ruchu i nikomu nie przeszkadzały. Dzieci mają prawo biegać, śmiać się, wygłupiać i poznawać świat. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zapominamy, że wokół są też inni ludzie. Starsza pani, która chce spokojnie wrócić z zakupów. Sąsiad pracujący z domu. Rodzina, która przyszła zjeść obiad w restauracji. Musimy pamiętać (z obu stron), że wspólna przestrzeń należy do wszystkich.

Musimy brać społeczną odpowiedzialność

Mam też wrażenie, że trochę przesadziliśmy z przekonaniem, że dziecku nie wolno sprawiać przykrości i dyskomfortu. Boimy się, że odmowa, zakaz albo zwrócenie uwagi zniszczy jego poczucie własnej wartości. Tymczasem dzieci wcale nie potrzebują rodziców, którzy zgadzają się na wszystko. Potrzebują dorosłych, którzy są przewidywalni, spokojni i potrafią powiedzieć "nie", nawet jeśli przez chwilę oznacza to łzy i złość.

To samo dotyczy innych dorosłych. Nie uważam, że obcy ludzie powinni wychowywać cudze dzieci. to nie jest ich rola, ale uważam, że mają prawo spokojnie zwrócić uwagę, jeśli dziecko robi coś niebezpiecznego albo przeszkadza innym. To nie jest atak na rodzica. To jest troska o wspólną przestrzeń, w której wszyscy żyjemy, a często też o bezpieczeństwo.

Najbardziej brakuje mi dziś właśnie tego poczucia wspólnoty. Kiedyś ludzie znali swoich sąsiadów. Dzieci znały dorosłych z osiedla i wiedziały, że obowiązują je podobne zasady niezależnie od tego, do czyjego mieszkania akurat weszły. Dzisiaj często mieszkamy obok siebie przez wiele lat i nawet nie wiemy, jak mają na imię osoby zza ściany. Być może brzmię jak stara baba, która z nostalgią i fałszywą idealizacją patrzy w przeszłość.

W sumie nie chciałabym wracać do czasów, kiedy każdy dorosły uważał, że może pouczać każde dziecko. Ale chciałabym wrócić do świata, w którym nie boimy się zwrócić uwagi z szacunkiem i równie spokojnie potrafimy ją przyjąć. To od nas, dorosłych, zależy, czy najmłodsi nauczą się, że wolność zawsze idzie w parze z szacunkiem dla innych.