stresujący się chłopiec w szkole
Stres jest dzieciom potrzebny do budowania odporności psychicznej. fot. Mikhail Nilov/Pexels

Coraz częściej chcemy chronić dzieci przed stresem, porażkami i każdą trudną emocją. Tymczasem to właśnie kontrolowany dyskomfort uczy odporności psychicznej, samodzielności i radzenia sobie z wyzwaniami. Postanowiłam podzielić się moim zdaniem, dlaczego nie zgadzam się z pomysłem ograniczania egzaminów w edukacji domowej tylko dlatego, że są dla uczniów stresujące.

REKLAMA

Nie wychowujmy dzieci pod kloszem

Jako matka coraz częściej mam wrażenie, że próbujemy wychować dzieci w świecie, w którym nie ma miejsca na dyskomfort. Chcemy oszczędzić im stresu, porażek, rozczarowań i trudnych emocji. Sama się na tym łapię, że zaczynam być irytująco nadopiekuńcza, żeby tylko synom nic się nie stało. Robimy wszystko, żeby tylko "włos im z głowy nie spadł". Tylko czy naprawdę o to chodzi w wychowaniu?

Przeczytałam stanowisko Rzeczniczki Praw Dziecka dotyczące egzaminów w edukacji domowej. Monika Horna-Cieślak zwraca uwagę, że obowiązek zdawania egzaminów w siedzibie szkoły wiąże się dla wielu rodzin z kosztami, długimi podróżami i stresem dla uczniów. Rozumiem te argumenty.

Sama uważam, że jeśli rodzina musi przejechać kilkaset kilometrów tylko po to, by dziecko napisało egzamin, to system wymaga poprawy. Z drugiej strony edukacja domowa przez cały rok szkolny i tak odbywa się w domu, więc rodzice mają wybór: albo zapisać dziecko do szkoły gdzieś bliżej swojego miejsca zamieszkania, albo znaleźć budżet na tę jedną w roku wyprawę na egzaminy do szkoły dziecka.

Nie zgadzam się jednak z tym, że sam stres związany z egzaminem jest czymś, przed czym należy dzieci chronić za wszelką cenę.

Nie jestem psychologiem, ale jestem mamą. I z własnego doświadczenia wiem jedno – życie nie będzie dostosowywać się do naszych dzieci. Prędzej czy później każde z nich spotka się z sytuacjami, które wywołają stres. Rozmowa kwalifikacyjna do pracy, egzaminy na studiach. Pierwszy dzień w nowej pracy albo jakieś wystąpienie przed ludźmi.

Czasem zdarzy się konflikt z szefem, rozstanie, choroba bliskiej osoby. Można by tak wymieniać długo, bo życie jest pełne trudności. Nie nauczymy dzieci radzenia sobie z nimi, jeśli przez całe dzieciństwo będziemy usuwać z ich drogi każdą przeszkodę.

Odbieramy im odporność na stres

Coraz częściej mówi się o odporności psychicznej, której dziś wielu dzieciom po prostu brakuje. A ona się z powietrza nie weźmie. Odporność buduje się właśnie wtedy, gdy dziecko doświadcza kontrolowanego stresu.

Kiedy musi zmierzyć się z wyzwaniem i ma poczucie że obok jest rodzic, który daje wsparcie i wierzy w nie, że sobie poradzi. Wie, że mama czy tata będą obok, kiedy coś nie wyjdzie. Kiedy trzeba się przygotować, pokonać tremę i zrobić coś, co wydaje się trudne.

Egzaminy w szkole są właśnie takimi małymi wyzwaniami. Jasne, bywają stresujące, ale odbywają się w bezpiecznych warunkach, pod opieką dorosłych. To nie trauma, tylko jedno z pierwszych życiowych doświadczeń, które uczy odpowiedzialności i radzenia sobie z emocjami. Szczególnie wg mnie jest to potrzebne dzieciom, które przez cały rok i tak nie maja kontaktu z rówieśnikami w takim stopniu, jak mają dzieci uczące się w placówkach.

Mam wrażenie, że jako społeczeństwo zaczynamy mylić dobrostan z całkowitym brakiem dyskomfortu. A przecież to nie jest to samo. Dobrostan nie oznacza życia bez stresu. Oznacza umiejętność radzenia sobie z nim. Jest jeszcze jedna kwestia, o której mówi się zdecydowanie za rzadko: socjalizacja.

Dzieci potrzebują kontaktu z innymi ludźmi. Potrzebują sytuacji, w których muszą odezwać się do obcej osoby, zapytać o drogę, odpowiedzieć na pytanie nauczyciela albo wejść do nieznanego budynku. To właśnie takie drobne doświadczenia budują pewność siebie. Oczywiście czasami dzieci są w edukacji domowej z powodu różnych trudności i wtedy należałoby jakoś ten system egzaminów pod nich dostosować, ale to już chyba powinno być rolą specjalistów.

Wychowujemy pokolenie "dzikusów"

Coraz częściej słyszę o młodych dorosłych, którzy boją się zadzwonić do urzędu, załatwić sprawę w banku albo zrobić zakupy, jeśli muszą o coś zapytać sprzedawcę. Oczywiście nie wynika to wyłącznie z edukacji domowej. To szerszy problem współczesnego wychowania, w którym dzieci często wyręczamy we wszystkim.

Jeśli przez kilkanaście lat będziemy chronić je przed każdym stresem społecznym, trudno oczekiwać, że nagle jako dwudziestolatkowie staną się samodzielni i odporni.

Oczywiście są dzieci, które wymagają indywidualnego podejścia. Uczniowie z zaburzeniami lękowymi, w spektrum autyzmu czy z innymi szczególnymi potrzebami edukacyjnymi rzeczywiście mogą potrzebować innych warunków egzaminowania. I właśnie dla nich powinny istnieć odpowiednie dostosowania. Tak zresztą dzieje się również podczas egzaminów ósmoklasisty czy matury.

Ale to nie oznacza, że powinniśmy całkowicie rezygnować z wyzwań. Każde dziecko jest inne. Jedno poradzi sobie bez problemu, drugie będzie potrzebowało więcej czasu i wsparcia. Dlatego zamiast tworzyć przepisy, które z założenia eliminują trudne sytuacje, lepiej byłoby oceniać potrzeby indywidualnie.

Wychowanie nie polega na tym, żeby usunąć z życia dziecka wszystkie przeszkody. Polega na tym, żeby nauczyć je, jak sobie z nimi radzić.