finansowanie szkół
Samorządy zastanawiają się, czy nowe zasady finansowania oświaty są zgodne ze stanem faktycznym. pexel.com

Rząd przekonuje, że na edukację przeznacza coraz więcej pieniędzy. Samorządy odpowiadają jednak, że szkolne budżety wciąż się nie spinają. Prąd, ogrzewanie, pensje, dowozy i utrzymanie budynków kosztują więcej, niż wynika z państwowych wyliczeń.

REKLAMA

Rząd przekonuje, że na edukację przeznacza coraz więcej pieniędzy. Samorządy odpowiadają jednak, że szkolne budżety nadal się nie spinają. Pensje nauczycieli, ogrzewanie, prąd, dowozy uczniów i utrzymanie budynków kosztują więcej, niż gminy otrzymują na prowadzenie placówek. Jak się okazuje, brakującą kwotę muszą dokładać z własnych dochodów.

Na papierze sytuacja wygląda coraz lepiej. Kwoty przeznaczane na edukację rosną, a nowy system finansowania samorządów miał sprawić, że ich dochody staną się stabilniejsze i łatwiejsze do przewidzenia.

W szkolnej rzeczywistości nadal jednak słychać te same pytania – skąd wziąć pieniądze na rosnące rachunki, niezbędne remonty, dowóz dzieci czy dodatkowe wsparcie dla uczniów?

Samorządy podkreślają, że szkoły nie funkcjonują dzięki tabelom i algorytmom. Trzeba w nich regularnie płacić za energię, ogrzewanie, wynagrodzenia, środki czystości, transport oraz utrzymanie często starych i kosztownych budynków.

Państwo daje więcej, ale rachunki także rosną

Od 2025 roku dawną subwencję oświatową zastąpił nowy sposób wyliczania tak zwanych potrzeb oświatowych. Zmiana miała lepiej dopasować dochody samorządów do zadań, które muszą realizować.

Na 2025 rok potrzeby oświatowe określono na 102,7 mld zł. W 2026 roku kwota wzrosła do niemal 115 mld zł, a na 2027 rok zaplanowano ponad 121 mld zł. Resorty podkreślają więc, że pieniędzy w systemie jest coraz więcej. Nie oznacza to jednak, że każda szkoła otrzymuje tyle, ile rzeczywiście kosztuje jej prowadzenie.

Ministerstwo Edukacji wyjaśnia, że państwowe środki nie są zwrotem konkretnych rachunków przedstawionych przez gminę. Cała dostępna kwota jest dzielona pomiędzy samorządy według ustalonych zasad, uwzględniających między innymi liczbę uczniów oraz rodzaj prowadzonych placówek.

Jeśli pieniędzy brakuje, gmina musi dołożyć

Właśnie tutaj zaczyna się problem. Jeżeli kwota wynikająca z wyliczeń nie wystarcza na pokrycie wszystkich kosztów, różnicę musi znaleźć samorząd.

A to tak naprawdę oznacza sięganie do dochodów, z których finansowane są również inne lokalne potrzeby takie jak drogi, komunikacja, pomoc społeczna, kultura czy inwestycje.

Najtrudniejsza może być sytuacja samorządów prowadzących małe szkoły wiejskie, placówki specjalne lub szkoły zawodowe. Ich utrzymanie często kosztuje więcej, a wydatków nie można łatwo ograniczyć bez pogorszenia warunków nauki.

Mała szkoła potrzebuje przecież ogrzewania, oświetlenia, obsługi i nauczycieli niezależnie od tego, czy chodzi do niej kilkuset, czy kilkudziesięciu uczniów.

Szkoła specjalna kosztuje więcej

Ministerstwo zapewnia, że system uwzględnia różnice między placówkami. Wyższe środki mają być naliczane między innymi na uczniów wymagających kształcenia specjalnego oraz na szkoły zawodowe.

Samorządy pytają jednak, czy stosowane przeliczniki rzeczywiście nadążają za zmianami cen. Koszty energii, usług, transportu i wynagrodzeń mogą rosnąć szybciej niż kwoty przyznawane na podstawie wcześniejszych danych. Dlatego nawet zwiększenie całej puli pieniędzy nie musi automatycznie oznaczać poprawy sytuacji konkretnej szkoły.

Dwie zupełnie różne perspektywy

Rząd patrzy na sytuację w skali całego kraju. Zwraca uwagę, że dochody samorządów wzrosły, a udział wydatków oświatowych w ich budżetach pozostaje na podobnym poziomie.

Gminy i miasta patrzą natomiast na pojedyncze faktury. Widzą, ile kosztuje ogrzanie konkretnego budynku, dowiezienie dzieci z odległych miejscowości czy zapewnienie im pomocy psychologicznej i specjalistycznych zajęć.

Obie strony mogą więc posługiwać się prawidłowymi danymi, a jednocześnie dochodzić do zupełnie innych wniosków. W rządowych zestawieniach system może wyglądać stabilnie, podczas gdy w lokalnym budżecie nadal brakuje pieniędzy na podstawowe wydatki.

Spór o pieniądze na szkoły szybko się nie skończy

Trwają już prace nad zasadami podziału środków na 2027 rok. Samorządy i reprezentujące je organizacje mogą zgłaszać swoje uwagi, a resorty zapowiadają dalsze analizowanie sposobu wyliczania potrzeb.

Trudno jednak oczekiwać, że sama zmiana nazwy lub algorytmu rozwiąże wieloletni problem. Dopóki pieniądze wyliczane centralnie będą rozmijały się z kosztami ponoszonymi lokalnie, samorządy nadal będą dopłacały do szkół ze swoich budżetów.

A konsekwencje mogą odczuć nie tylko urzędnicy, ale przede wszystkim uczniowie i rodzice – poprzez odkładane remonty, oszczędności w placówkach czy ograniczanie dodatkowych zajęć.