
Wielu dzisiejszych rodziców przyznaje, że w wychowywaniu dzieci są zdani na siebie. Choć część dziadków uwielbia spędzać czas z wnukami, nie zawsze chce lub może angażować się w regularną pomoc przy opiece, zwłaszcza podczas wakacji. Skąd bierze się ta zmiana i dlaczego pokolenie młodych rodziców coraz częściej mówi o braku rodzinnego wsparcia?
Dziadkowie nie zawsze chcą i mogą pomagać przy wnukach
Muszę przyznać, że jako rodzic w dzisiejszych czasach mam szczęście. Naprawdę ogromne szczęście. Moi rodzice są zaangażowanymi dziadkami. Kochają wnuki, spędzają z nimi czas i pomagają wtedy, kiedy jest taka potrzeba. Dzwonią, czy nie odebrać ich ze szkoły, zabrać na lody itp. Nigdy nie muszę zastanawiać się, czy mogę poprosić ich o pomoc. Wiem, że jeśli sytuacja tego wymaga, mogę na nich liczyć.
Im dłużej jednak rozmawiam z moimi rówieśnikami, tym bardziej widzę, że moje doświadczenie wcale nie jest dziś normą.
Coraz częściej słyszę od znajomych, którzy są rodzicami, że wychowują dzieci praktycznie sami. Oczywiście powodów jest wiele. Część z nich mieszka kilkaset kilometrów od swoich rodzin, bo zdecydowali się przeprowadzić do dużego miasta na studia i tak zostali.
Młodzi dziś wciąż wyjeżdżają za studiami i pracą do dużych miast. W takiej sytuacji rodzinne strony odwiedzają najwyżej dwa razy w miesiącu. Trudno oczekiwać, żeby dziadkowie w takiej sytuacji codziennie odbierali wnuki z przedszkola albo ratowali podczas choroby.
Są też dziadkowie, którzy nadal pracują zawodowo. Dzisiejszy pięćdziesięcio- czy sześćdziesięciolatek często nie jest jeszcze emerytem. Ma swoje obowiązki, kredyt i plany. Nie zawsze może po prostu rzucić wszystko i zająć się wnukami przez tydzień wakacji.
Niektórzy nie czują zobowiązań
Ale jest jeszcze trzecia grupa. To dziadkowie, którzy mieszkają blisko, są zdrowi i mają czas, a mimo to nie wychodzą z inicjatywą. Chętnie zaproszą wnuki na obiad, dadzą prezent na urodziny albo zabiorą je na plac zabaw. Rozpieszczanie przez kilka godzin nie stanowi problemu. Kiedy jednak pojawia się temat tygodnia wakacyjnej opieki albo regularnej pomocy, entuzjazm wyraźnie maleje.
Moja znajoma mieszka z rodziną w Warszawie. Jej rodzice mieszkają niecałą godzinę drogi od nich. Widują wnuki regularnie, ale praktycznie zawsze z inicjatywy córki. Jeśli poprosi o pomoc, najczęściej ją dostanie. Problem w tym, że telefon z pytaniem: "Może przywieziecie dzieci, a wy odpoczniecie?" nigdy nie miał miejsca, choć moja koleżanka szczerze przyznaje, że o takim marzy.
Inna koleżanka przeprowadziła się do Wrocławia. Jej rodzice są już starsi i schorowani, ale teściowie odwiedzają ich przynajmniej raz w miesiącu. Wnuki są tam wyczekane, zaopiekowane i witane z ogromną radością. Kiedy jednak zbliżają się wakacje, nikt nie proponuje, że dzieci mogłyby zostać na kilka dni, choć teściowa jest już emerytką.
Koleżanka podczas niedawnego spotkania opowiadała jak się dwoi i troi, by zorganizować córce zajęcia na wakacje, bo trudno to pogodzić z pracą zawodową i brakiem wsparcia bliskich.
Najbardziej uderza mnie jeszcze coś innego. Dzisiejsi rodzice bardzo często nie potrafią prosić o pomoc i sama po sobie widzę, że tak jest. Mają poczucie, że nie powinni nikogo obciążać. Boją się usłyszeć odmowę. Nie chcą wywoływać poczucia obowiązku. Zamiast powiedzieć wprost, że są zmęczeni i potrzebują wsparcia, organizują wszystko sami, a potem narzekają.
Zmiana pokoleniowa zachodzi na naszych oczach
Kiedyś usłyszałam zdanie, które długo nie dawało mi spokoju. Koleżanka w redakcji powiedziała, że pokolenie dzisiejszych dziadków to ci sami rodzice, którzy w latach dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych zostawiali dzieci pod opieką babć, cioć i sąsiadek, bo sami musieli pracować. W tamtych czasach wiele rodzin walczyło o przetrwanie. Było bezrobocie, niepewność i ciągła pogoń za pieniędzmi. Praca często wygrywała z życiem rodzinnym, bo nie było innego wyjścia.
Może właśnie dlatego wielu z nich nigdy nie zbudowało tak bliskiej relacji ze swoimi dziećmi, jaką wcześniejsze pokolenia budowały przez codzienną obecność. A skoro nie było mocnej więzi rodzic-dziecko, dziś trudniej jest stworzyć bardzo zaangażowaną relację dziadek-wnuk.
Nie chcę nikogo oceniać. Każda rodzina ma swoją historię i pewnie w dzisiejszym świecie też wiele rodzin się wspiera i sobie pomaga. Każdy senior ma też prawo przeżyć emeryturę po swojemu i nie ma obowiązku angażować się w pomoc przy wnukach. Pomoc nie może być przymusem.
Jednocześnie rozumiem rozczarowanie wielu moich rówieśników. Kiedy decydowali się na dzieci, wyobrażali sobie dzieciństwo podobne do własnego. Z wakacjami u babci, spontanicznymi nocowankami i poczuciem, że obok rodziców są jeszcze inni dorośli, którzy zawsze mają dla nich czas.
Dziś coraz częściej okazuje się, że takiej rodzinnej wioski po prostu nie ma. Trzeba ją stworzyć samemu. Wśród przyjaciół, sąsiadów i innych rodziców np. dzieci z przedszkola. Bo jeśli nie zbudujemy własnej sieci wsparcia, zostaniemy z rodzicielstwem sami.
Zobacz także




