
Dzisiejsi dziadkowie coraz częściej mówią wprost: mają swoje życie, pasje i plany. Dla wielu rodziców z pokolenia milenialsów to trudna zmiana, bo wsparcie, które kiedyś było oczywiste, dziś bywa luksusem. Gdzie w tym wszystkim kończy się prawo do własnych granic, a zaczyna rodzinne rozczarowanie?
Dzisiejsi dziadkowie mają swoje życie
Często piszę o tym, że moje pokolenie – milenialsi – to generacja rodziców, którzy naprawdę mają pod górkę. Z jednej strony jesteśmy jednymi z najbardziej świadomych opiekunów: czytamy, uczymy się, staramy się wspierać rozwój emocjonalny dzieci i budować z nimi relacje oparte na bliskości.
Z drugiej – równolegle próbujemy leczyć własne deficyty z dzieciństwa. Wielu moich rówieśników, którzy zostali rodzicami, zauważa też, że z różnych powodów nie mają dziś takiego wsparcia w opiece i wychowaniu dzieci, na jakie mogli liczyć ich rodzice.
W latach 80. i 90. wiele dzieci wychowywało się w domach wielopokoleniowych. Dziadkowie, ciocie, wujkowie czy nawet sąsiedzi byli realnym wsparciem w codzienności. Dziś młodym rodzicom tego brakuje – jeśli potrzebują pomocy, najczęściej mogą liczyć jedynie na instytucje: żłobek, przedszkole albo nianię, za którą trzeba zapłacić.
Ostatnio o tym doświadczeniu napisała na Threads użytkowniczka o nicku miedzywersamiduszy, opisując jedną, bardzo konkretną sytuację ze swojego życia:
"Mamo, czy możesz dziś odebrać Olę z przedszkola? – pytam przez telefon, ściskając w jednej ręce kubek już zimnej kawy, a drugą próbując uspokoić płaczącego Antosia. Po drugiej stronie słyszę westchnienie. – Marto, kochanie, dziś naprawdę nie mogę. Mam spotkanie z koleżankami z uniwersytetu trzeciego wieku. Wiesz, jak długo na to czekałam… Zaciskam zęby. To już trzeci raz w tym tygodniu. Odkładam słuchawkę i czuję, jak narasta we mnie frustracja.
Piotr wróci dopiero wieczorem, a ja muszę jakoś pogodzić pracę zdalną, opiekę nad dziećmi i codzienne obowiązki. W głowie dudni mi echo słów Haliny: 'Tak bardzo kocham moje wnuki! Chciałabym spędzać z nimi więcej czasu...'. Ale kiedy przychodzi co do czego, zawsze jest coś ważniejszego. Zajęcia z jogi, spotkanie z sąsiadkami, wyjazd do sanatorium. Dla mnie – wieczne lawirowanie między deadline’ami a gorączką u dzieci. Dla niej – wieczne 'nie mogę'".
Rodzice powinni szczerze rozmawiać z bliskimi
Kobieta przyznaje, że "mama", o której napisała to jej teściowa. W kolejnych wypowiedziach na Threads przyznała, że jej własna mama nigdy w takiej sytuacji nie odmówi pomocy i przejeżdża, nawet jeśli sama dopiero co wyszła z pracy. Nie jest to więc obraz wszystkich współczesnych dziadków.
W komentarzach wiele osób trafnie zauważyło, że dziadkowie to osoby, które mogą, ale nie muszą angażować się w wychowanie wnuków. I to prawda – pomoc nie jest ich obowiązkiem. Bycie babcią czy dziadkiem to przede wszystkim budowanie relacji, a nie rola "darmowej opieki" dla zapracowanych rodziców.
Z drugiej strony wielu milenialsów przypomina, że w ich dzieciństwie to właśnie krewni często przejmowali opiekę – bo rodzice pracowali, nierzadko walcząc o stabilność finansową w trudnych realiach lat 90. Dziś, gdy dzieci tamtego pokolenia same potrzebują wsparcia, nie zawsze otrzymują je w podobnej skali.
To napięcie między oczekiwaniami a rzeczywistością jest jednym z cichych problemów współczesnego rodzicielstwa. Nie chodzi o roszczeniowość ani o ocenianie wyborów dziadków, ale o brak systemowego i międzypokoleniowego wsparcia, które kiedyś było czymś naturalnym.
Być może zamiast wzajemnych pretensji potrzebujemy dziś przede wszystkim szczerej rozmowy – o granicach, możliwościach i o tym, jak w nowych realiach budować rodzinę, która naprawdę się wspiera, nawet jeśli robi to inaczej niż kiedyś.
