
Większość rodziców chce dla swoich dzieci jak najlepiej. Dlatego pocieszamy, wyręczamy, organizujemy czas i próbujemy uchronić je przed każdym rozczarowaniem. Psycholożka Karolina Martin zwraca jednak uwagę, że czasem za takimi zachowaniami nie stoi wyłącznie troska, ale także nasze własne doświadczenia i lęki.
Każdy rodzic chce uchronić swoje dziecko przed cierpieniem. To odruch niemal instynktowny – podpowiedzieć rozwiązanie, zanim maluch zdąży się sfrustrować, pocieszyć, zanim popłyną łzy, zorganizować kolejną aktywność, zanim padnie sakramentalne "nudzi mi się". Robimy to z miłości i troski, przekonani, że właśnie tak wygląda dobre rodzicielstwo. Psycholożka i mama 5 dzieci Karolina Martin zwraca jednak uwagę, że niektóre z tych zachowań mogą mieć jeszcze jedno źródło. Nie zawsze wynikają z realnych potrzeb dziecka. Czasem są próbą poradzenia sobie z własnym lękiem.
Nie chcemy, by nasze dziecko doświadczało złych rzeczy
Rodzicielstwo bardzo często uruchamia emocje, których istnienia wcześniej nawet nie byliśmy świadomi. Jeśli sami dorastaliśmy w poczuciu niepewności, odrzucenia albo nadmiernej odpowiedzialności, możemy nieświadomie zrobić wszystko, by nasze dziecko nigdy tego nie doświadczyło. Intencje są najlepsze z możliwych. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy próbujemy usunąć z jego życia każdą trudność, każde rozczarowanie i każdą frustrację.
Jednym z pierwszych sygnałów może być nieustanna potrzeba organizowania dziecku czasu. Wielu rodziców źle znosi dziecięcą nudę. Gdy tylko słyszą, że maluch nie ma co robić, natychmiast proponują kolejną zabawę, wyciągają kredki albo planują następny wyjazd. Tymczasem – jak przypomina psycholożka – nuda sama w sobie nie jest zagrożeniem. To właśnie w takich chwilach dzieci uczą się kreatywności, samodzielności i szukania własnych sposobów na spędzanie czasu. Czasem to nie dziecko nie potrafi wytrzymać nudy, ale dorosły nie potrafi wytrzymać własnego dyskomfortu związanego z patrzeniem na nią.
Chcemy uchronić je przed niepowodzeniem
Podobnie wygląda sytuacja z rozwiązywaniem dziecięcych problemów. Wielu rodziców odruchowo wyręcza dziecko jeszcze zanim zdąży ono samodzielnie podjąć próbę. Zapinają kurtkę, odpowiadają za nie, rozwiązują konflikt z kolegą, podpowiadają gotowe rozwiązanie. Oczywiście pomoc jest ważna, jednak jeśli pojawia się za każdym razem, dziecko nie ma szansy przekonać się, że potrafi poradzić sobie samo. Czasami to nie jego porażka jest dla rodzica najtrudniejsza, lecz własne emocje związane z obserwowaniem, jak dziecko się zmaga.
"Dobrze się bawisz?", "Wszystko w porządku?"
Karolina Martin zwraca również uwagę na zachowanie, które łatwo pomylić z troską. Chodzi o nieustanne upewnianie się, czy na pewno wszystko jest w porządku. Rodzic raz po raz pyta, czy dziecko dobrze się bawi, czy nic się nie wydarzyło, czy jest szczęśliwe. Takie pytania wydają się niewinne, ale mogą wynikać z potrzeby uspokojenia własnego układu nerwowego. Niepewność jest trudna do zniesienia, dlatego próbujemy ją zredukować, szukając kolejnych zapewnień.
To samo dotyczy stawiania granic. Niektórzy rodzice przyznają, że znacznie łatwiej jest im zgodzić się na kolejną prośbę niż powiedzieć spokojne, ale stanowcze "nie". Nie dlatego, że uważają wszystkie dziecięce oczekiwania za słuszne. Często bardziej boją się smutku, złości albo poczucia odrzucenia u dziecka niż samej sytuacji. Tymczasem – jak podkreśla psycholożka – jasno wyznaczone granice nie są przeciwieństwem bliskości. Wręcz przeciwnie. To one budują w dziecku poczucie bezpieczeństwa, bo pokazują, że odpowiedzialność za trudne decyzje spoczywa na dorosłym.
Co to dla nas oznacza?
Najważniejsza myśl płynąca z wpisu Karoliny Martin jest taka, że świadomość własnych schematów nie ma prowadzić do wyrzutów sumienia. Nie oznacza również, że rodzic kocha za bardzo albo wychowuje niewłaściwie. To raczej zaproszenie do refleksji nad tym, co kieruje naszymi reakcjami. Dzieci nie potrzebują bowiem świata pozbawionego frustracji, porażek i trudnych emocji. Potrzebują dorosłego, który pokaże im, że nawet wtedy można czuć się bezpiecznie.
Dlatego psycholożka zachęca, by przed kolejną reakcją zadać sobie jedno proste pytanie: "Czy to naprawdę potrzeba mojego dziecka, czy może mój własny lęk?" Odpowiedź nie zawsze będzie łatwa, ale właśnie od takich pytań często zaczyna się najbardziej wartościowa zmiana – nie tylko dla rodzica, lecz także dla dziecka.
Zobacz także


