mała dziewczynka z tatą siedzi przy stoliku w ogródku restauracyjnym
Innych grup w społeczeństwie nie wyklucza się tak, jak dzieci. fot. Ejov Igor/Pexels

Znów piszemy o dzieciach niemile widzianych w restauracjach, hotelach i innych przestrzeniach publicznych. Nie dlatego, że brakuje nam tematów, ale dlatego, że problem nie znika, a wręcz narasta wraz z kolejnymi apelami o miejsca "wolne od dzieci". Coraz częściej przyzwalamy na wykluczanie najmłodszych, choć wobec innych grup społecznych podobne zachowania wywołałyby powszechne oburzenie.

REKLAMA

Dzieci niemile widziane wszędzie

O dzieciach w przestrzeniach publicznych mówi się ostatnio bardzo dużo. Zbliżają się wakacje, robi się coraz cieplej, ludzie wychodzą do restauracji, spędzają czas w ogródkach, zabierają dzieci na plażę, basen i do wielu innych miejsc.

Są jednak i tacy, którym obecność najmłodszych wyraźnie przeszkadza. Mam wrażenie, że tylu negatywnych komentarzy, co pod rolką dotyczącą dzieci i psów na plaży, dawno nie czytałam.

Internauci piszą, że dzieci to "kaszojady", że są niewychowane i wchodzą rodzicom na głowę. Dostaje się również samym rodzicom, którzy – zdaniem niektórych – są roszczeniowi i mają czelność wychodzić z dziećmi poza własny dom.

Jako matka doskonale zdaję sobie sprawę, że moje dzieci nie muszą odpowiadać każdemu. Staram się jednak wychowywać je na dobrych i mądrych ludzi, ucząc empatii, kultury osobistej oraz życzliwości. Są już też starsze, więc współpraca z nimi jest znacznie łatwiejsza.

Mimo to nie raz spotkałam się z oceniającym spojrzeniem pełnym dezaprobaty, gdy moi synowie robili coś, co komuś nie spodobało się w restauracji czy urzędzie. Podejrzewam, że rodzice małych dzieci, które dopiero uczą się panowania nad emocjami i funkcjonowania w społeczeństwie, mają pod tym względem znacznie trudniej.

Czy od dzieci wymagamy więcej niż od dorosłych?

Ostatnio na Facebooku przeczytałam wpis Krzysztofa, autora profilu Tata i Dzieciaki. Mężczyzna w kilkunastu zdaniach poruszył problem, o którym piszę również tutaj. Zwrócił jednak uwagę na pewien aspekt całej sytuacji, o którym sama wcześniej nie pomyślałam. Uważam, że może on otworzyć oczy wielu osobom.

"Bo dzieci są chyba jedyną grupą ludzi, o której można powiedzieć: nie chcę ich tutaj. I jeszcze dostać za to setki lajków. Dziecko zapłacze w restauracji i od razu pojawiają się komentarze, że rodzice nie potrafią wychowywać. Dorosły potrafi przez godzinę oglądać film na telefonie bez słuchawek, rozmawiać przez głośnik, krzyczeć, przeklinać albo zachowywać się jak cham. I często nikt nie reaguje" – napisał szczerze influencer.

Muszę przyznać, że ta perspektywa mocno mnie poruszyła. Pomyślałam, że podobną sytuację można odnieść do wielu innych grup społecznych. Co by było, gdyby do hoteli czy restauracji nie wpuszczano osób bezdzietnych, czarnoskórych albo osób z niepełnosprawnościami?

Natychmiast podniosłyby się głosy sprzeciwu. Mówiono by o segregacji, dyskryminacji, rasizmie czy łamaniu podstawowych praw. Tymczasem dzieciom – zdaniem części społeczeństwa – można zakazać niemal wszystkiego, bo są "głośne i nieznośne".

Krzysztof w dalszej części wpisu zauważa:

"Mam czasem wrażenie, że od kilkuletnich dzieci wymagamy więcej niż od dorosłych ludzi. Zapominamy, że dzieciństwo nie jest okresem przeszkadzania innym. To okres nauki życia. Nie nauczą się zachowania w restauracji, jeśli nigdy do niej nie pójdą. Nie nauczą się funkcjonowania między ludźmi, jeśli będziemy ich od ludzi odsuwać. Dziwi mnie jednak coś innego. Każdy z nas był kiedyś tym dzieckiem, które biegało, które śmiało się za głośno, które zadawało za dużo pytań. Nikt z nas nie był idealny. A mimo to ktoś zrobił nam miejsce w tym świecie".

I trudno się z tym nie zgodzić. Osoby, które dziś tak stanowczo nie akceptują obecności najmłodszych, przecież same kiedyś były dziećmi. Ciekawe, jak czułyby się, gdyby wtedy ktoś zabronił im przebywania w określonych miejscach tylko dlatego, że były za głośne, zbyt ruchliwe albo po prostu dziecięce.

Dokąd prowadzi wykluczanie najmłodszych?

Jakiś czas temu apele o tworzenie przestrzeni wolnych od dzieci skomentowała influencerka Zofia Ożarek-Wodzinowska, znana jako Migatomama. W jednym z filmów na Instagramie w żartobliwy sposób mówiła o tym, że już kiedyś ktoś próbował segregować ludzi i tworzyć dla nich specjalne getta, a historia nie oceniła tego dobrze. Oczywiście był to komentarz wypowiedziany z przymrużeniem oka, ale warto potraktować go jako pewną przestrogę.

Bo choć wielu osobom może wydawać się, że chodzi jedynie o komfort i święty spokój, w rzeczywistości coraz częściej obserwujemy społeczne przyzwolenie na wykluczanie najmłodszych z kolejnych przestrzeni. Tymczasem dzieci nie są problemem, który należy usunąć z pola widzenia.

Są pełnoprawnymi uczestnikami życia społecznego i tak samo jak dorośli mają prawo uczyć się funkcjonowania wśród innych ludzi. Jeśli zaczniemy traktować ich obecność jako coś niepożądanego, możemy stworzyć świat, w którym zabraknie miejsca na cierpliwość, empatię i zrozumienie – wartości, których przecież sami oczekujemy od innych.