
W mediach społecznościowych znów wróciła fala krytyki rodziców podróżujących z dziećmi, które płaczą, hałasują i zachowują się adekwatnie do swojego wieku. Głos w sprawie zabrała Zofia Ożarek-Wodzinowska, znana jako Migatomama, która w satyryczny sposób skomentowała pomysł wykluczania dzieci. Influencerka podkreśla, że takie myślenie prowadzi do absurdów i pokazuje, jak mało w społeczeństwie jest dziś zrozumienia dla naturalnych zachowań najmłodszych.
Polakom dzieci przeszkadzają wszędzie
Ostatnio w mediach społecznościowych znów pojawiła się pewnego rodzaju negatywna ocena rodziców, którzy podróżują z dziećmi samolotami. Ludzie złoszczą się, że rodziny podróżują z dziećmi, które czasami płaczą, hałasują i zachowują się tak, jak po prostu zachowują się najmłodsi.
Hejt wobec rodziców i dzieci w przestrzeni publicznej
O hejcie na rodziców i dzieci w przestrzeniach publicznych pisaliśmy już wielokrotnie, a ja jako matka sama zetknęłam się z tym wiele razy. Żyjemy w kraju, w którym po prostu nienawidzi się dzieci. Niemowlęta, kilkulatki, a nawet starsze dzieci przeszkadzają ludziom w kolejkach w urzędach, w przychodniach czy w komunikacji miejskiej. Nie bez powodu Polacy nienawidzą dzieci w miejscach publicznych wolą od nich palaczy – to nie publicystyczna przesada, a realne odczucie wielu rodziców wychodzących z dzieckiem „w świat”.
Często jest to niestety wynik tego, że oceniające osoby zetknęły się z rodzicami, którzy nie stawiali dzieciom granic. Ale nie zawsze tak jest – w naszym społeczeństwie nie ma też wystarczającego zrozumienia, życzliwości i empatii dla zachowań dzieci, które nie są zależne od rodziców.
Płacz to naturalna komunikacja, nie fanaberia
Małe dziecko dopiero uczy się pracy z emocjami, czasami tylko za pomocą płaczu i krzyku potrafi zakomunikować opiekunowi, że coś jest nie tak. Nie mają wpływu na to, że nie umieją jeszcze wyrazić swoich uczuć słowami i w sposób spokojny. To dorośli powinni mieć w sobie na tyle empatii, by zrozumieć, że jest to naturalny sposób komunikacji najmłodszych. Nie każdy jednak to rozumie – i niektórzy pasażerowie reagują ostentacyjnie, co opisała autorka tekstu "leciałam samolotem siedząc obok matki z płaczącym dzieckiem odezwałam się", ujmując się za wystraszoną matką podróżującą z synkiem.
Enklawy dla dzieci? Migatomama zabiera głos
Ostatnio trafiłam na wypowiedź jednej z mam – Zofii Ożarek-Wodzinowskiej, znanej w mediach społecznościowych jako Migatomama. Influencerka i mama dwójki dzieci w satyryczno-zabawnej wypowiedzi zapytała obserwujących, czy dzieci przypadkiem nie powinny spędzać czasu w domu i nie wychodzić z rodzicami w miejsca publiczne.
Potem zapytała o to, co obserwatorzy sądzą o dzieciach w mieszkaniach w bloku, gdzie dookoła są inni mieszkańcy słyszący płacze, krzyki czy głośną zabawę dzieci w sąsiedztwie.
Migatomama przyznała w żartobliwy sposób, że może rozwiązaniem jest stworzenie przestrzeni tylko dla dzieci, czyli takich enklaw. Z mrugnięciem okiem powiedziała, że kiedyś już ktoś tak chciał segregować ludzi – a mnie od razu przyszło na myśl warszawskie getto. Pomysł ten zresztą niepokojąco rezonuje z rzeczywistością – zakaz wstępu dla dzieci to początek znieczulicy, a lokali i miejsc deklarujących "adults only" w Polsce przybywa.
Dzieci inaczej nie nauczą się życia społecznego
W dalszej części influencerka ze spokojem opowiada o tym, dlaczego dzieci często tak reagują. Mówi o tym, że brakuje nam empatii i życzliwości jako społeczeństwu oraz że jeśli chcemy żyć w przyjaznym otoczeniu, powinniśmy również swoim przykładem pokazywać szacunek i zrozumienie.
Ożarek-Wodzinowska w nagraniu mówi o tym, że dzieci to mali ludzie, którzy kiedyś dorosną i jakoś muszą nauczyć się funkcjonowania w społeczeństwie. Nie dadzą sobie z tym rady, jeśli na każdym kroku będziemy je ograniczać. Pod wideo pisze: "Dzieci to ludzie. Mali ludzie, których powinniśmy w świecie przywitać z otwartymi ramionami, życzliwością i empatią. Inaczej sami za paręnaście lat obudzimy się z ręką w, nomen omen, nocniku, czyli otoczeni egoistami obojętnymi na los drugiego człowieka".
Restauracja, urzędy, komunikacja – miejsca nauki, nie wykluczenia
Influencerka opowiada też historię jednej ze swoich obserwatorek, która podzieliła się nią w wiadomości prywatnej. Kobieta była świadkiem, jak do restauracji małżeństwo przyszło z niepełnosprawnym synem, który bywał głośny, a jego zachowanie mogło osobom z boku wydawać się trudne. Po posiłku ojciec dziecka podszedł do ich stolika i podziękował, że nie wyszli, bo dzięki temu małżeństwo mogło w komforcie zjeść kolację w rocznicę ślubu.
Dokładnie o tym pisze też inna mama w tekście „moje dzieci w restauracji wiercą się i marudzą ale i tak je tam zabieram” – bo tylko zabieranie dzieci w miejsca publiczne pozwala im naprawdę nauczyć się, jak się w nich zachowywać.
Empatia to społeczna konieczność, nie luksus
Wnioski, jakie płyną z takich historii, są dość jednoznaczne: dzieci są częścią przestrzeni publicznej i nie da się ich z niej wykluczyć bez konsekwencji dla całego społeczeństwa. To, jak reagujemy na ich obecność, mówi więcej o nas niż o nich samych. Wiem, że wszyscy jesteśmy zmęczeni i przebodźcowani, często marzymy o tym, żeby w ciszy odbyć podróż w komunikacji miejskiej.
Zapewniam jednak wszystkich, że jeśli rodzic podróżuje tym samym środkiem transportu z dzieckiem, on jest zdenerwowany dużo bardziej niż my, kiedy jego dziecko np. płacze. Jeśli chcemy świata bardziej spokojnego i życzliwego, musimy zacząć od podstaw – od akceptacji tego, że dzieci uczą się życia w swoim tempie, a ich emocje są naturalnym elementem tego procesu.
W tym kontekście warto też pamiętać, że Polska się wyludnia rekordowo niska dzietność kto naprawdę nie chce dzieci to nie tylko pytanie statystyczne – młodzi ludzie obserwują atmosferę wokół rodziców i coraz częściej nie chcą się w nią wpisywać.
Empatia w takich sytuacjach nie jest luksusem, lecz społeczną koniecznością. A tym, którym maluchy przeszkadzają, zalecam kupić sobie wygłuszające słuchawki i nie rozstawać się z nimi zarówno na mieście, jak i w podróżach.
Zobacz także
