
Dzieci w restauracji płaczą, przewracają się i czasem krzyczą – bo wciąż uczą się świata i emocji. Tymczasem wielu dorosłych oczekuje od nich zachowania niczym roboty". Czy naprawdę zapominamy, że przestrzeń publiczna należy także do najmłodszych?
Dzieci nie zawsze zachowują się jak zaprogramowane roboty
Dzieci mają to do siebie, że dopiero uczą się życia i nie zawsze zachowują się zgodnie z ustalonymi zasadami społecznymi. Dziś mamy takie czasy, że płacz, złość czy krzyk kilkulatka w sklepie czy restauracji sprawia, że otoczenie zaczyna być do niego negatywnie nastawione.
Trudne emocje, wyrażane w głośny i zdecydowany sposób, są dla nas trudne, bo sami nie zawsze umiemy sobie z nimi poradzić. Bywa też tak, że jesteśmy zmęczeni i przebodźcowani, więc takie dodatkowe bodźce zwyczajnie nas męczą.
Dziś bardzo wyraźnie widać, że nie radzimy sobie z obecnością dzieci w przestrzeni publicznej. To, ile rodzice dostają komentarzy, westchnień i nieprzychylnych spojrzeń, wiedzą tylko oni sami. A przecież ich dzieci są takimi samymi członkami społeczeństwa jak oni i wszyscy inni wokół.
Niestety wiele osób nie rozumie, że dziecko dopiero się rozwija, a jego emocjonalne reakcje są naturalne, bo nie zawsze potrafi jeszcze skutecznie radzić sobie z uczuciami. Wielu dorosłym wydaje się, że dziecko ma tak samo rozwinięty mózg jak oni, jest tylko po prostu mniejsze.
Tymczasem ono wielu rzeczy jeszcze nie wie, nie rozumie i nie potrafi – potrzebuje wielu lat rozwoju, by dorównać poziomowi dorosłego opiekuna. Tymczasem dziś społeczeństwo jakby w ogóle tego nie widziało i nie rozumiało, wymagając od maluchów, by były ciche, spokojne i zaprogramowane niczym roboty.
Ostatnio przeczytałam na Threads wpis na ten temat, który brzmiał: "I to 4-letnie! I to przy kąciku dla dzieci! I to nie robiąc nikomu krzywdy! Nie wstyd wam? Jedna z pań w moim ostatnim poście, gdzie przeczytała, że dziecko płakało, bo się przewróciło, uważa, że restauracja to nie miejsce, żeby się przewracać". Do wpisu dołączono zdjęcie kartki, która mogłaby obrazować ten komentarz:
Dajcie im nauczyć się życia społecznego
Wiadomo, że są sytuacje i miejsca, gdzie z dziecięcą ekspresją trzeba uważać – kiedy kelner niesie gorące dania, oczywiście należy dopilnować, by dzieci nie biegały między stolikami. Tu odpowiedzialność spoczywa na opiekunach. Jestem jednak zdania, że dzieci, szczególnie w kąciku przeznaczonym właśnie dla nich, nie powinny być tłamszone przez rodziców.
Sami byliśmy pokoleniem, któremu ciągle powtarzano, by było grzeczne, ciche i posłuszne. Wciąż słyszeliśmy, że "ryby i dzieci głosu nie mają". Dziś całe to pokolenie chodzi na terapię, bo brakuje mu asertywności i umiejętności stawiania granic, a wielu z nas nadal ma problem z rozpoznawaniem emocji i pracą z nimi. To właśnie efekt wychowania opartego na żołnierskich rozkazach.
Zobacz także
Problem polega na tym, że jako społeczeństwo chcielibyśmy korzystać z przestrzeni publicznej w pełnym komforcie, zapominając, że jest ona wspólna dla wszystkich – także dla najmłodszych. Dzieci nie przestaną być dziećmi tylko dlatego, że znalazły się w restauracji, sklepie czy galerii handlowej. One nadal będą się potykać, płakać, śmiać się za głośno albo reagować impulsywnie.
To część procesu dorastania, a nie przejaw złego wychowania. Być może zamiast oczekiwać od kilkulatków zachowania dorosłych, powinniśmy nauczyć się większej wyrozumiałości. Każdy z nas kiedyś był dzieckiem i uczył się świata metodą prób i błędów.
Przestrzeń publiczna jest również miejscem tej nauki – miejscem, gdzie dzieci obserwują innych ludzi, poznają zasady i powoli uczą się funkcjonować wśród innych. Jeśli będziemy je z niej symbolicznie wypychać, oczekując absolutnej ciszy i spokoju, odbierzemy im jedną z najważniejszych lekcji życia w społeczeństwie.
