
Plac zabaw stał się dla mojej rodziny letnim azylem: dzieci bawią się z rówieśnikami, a ja odzyskuję spokój po dniu przed ekranem. Kilka dni temu zobaczyłam jednak scenę, która nie daje mi spokoju – nadopiekuńczy tata nieustannie wyręczał kilkuletnią córkę i powtarzał, że sobie nie poradzi. To doświadczenie skłoniło mnie do refleksji o tym, czy współczesne rodzicielstwo naprawdę wspiera samodzielność i pewność siebie dziecka.
Plac zabaw – letnie centrum życia
Mamy już prawdziwe lato. Jasne, czerwiec zapowiada się mocno w kratkę, jeśli chodzi o pogodę, ale umówmy się – jest lepiej niż np. w marcu. Obecna pogoda zachęca do wychodzenia z domu, spędzania wieczorów na tarasie czy w parku, a miejskie place zabaw znów stają się centrum rodzinnego życia.
Dla moich dzieci to obecnie najważniejsze miejsce na mapie naszego miasta. Chodzimy tam niemal codziennie. W weekendy spędzamy tam długie godziny, a w tygodniu zaglądamy po szkole i pracy.
Chwila oddechu na ławce
Lubię ten czas. Dzieci bawią się z rówieśnikami, wspinają się, biegają, wymyślają własne zabawy. Ja natomiast mogę na chwilę zwolnić. Odkładam telefon do torby, przestaję patrzeć w ekran komputera i pozwalam sobie po prostu usiąść na ławce.
Patrzę na drzewa w parku, słucham śmiechu dzieci i czuję, jak mój układ nerwowy wreszcie się uspokaja po całym dniu obowiązków. Kilka dni temu byłam jednak świadkiem sytuacji, o której nie mogę przestać myśleć.
Scena, o której nie mogę przestać myśleć
Wydawało mi się, że pokolenie obecnych rodziców przeszło już pewną drogę. Czytamy książki o wychowaniu, słuchamy psychologów, rozmawiamy o emocjach dzieci i mamy dostęp do ogromnej bazy wiedzy w internecie.
Dodatkowo u nas w portalu często podkreślamy, jak ważne jest budowanie poczucia własnej wartości i wspieranie samodzielności. Tymczasem na placu zabaw zobaczyłam scenę, która bardziej przypominała – przynajmniej częściowo – dzieciństwo wielu osób wychowanych w latach 80. i 90.
Zaangażowany tata, który podcina córce skrzydła
Ojciec towarzyszył kilkuletniej córce dosłownie na każdym kroku. Dziewczynka miała około czterech lub pięciu lat. Była sprawna, odważna i najwyraźniej chciała samodzielnie korzystać placu zabaw. Ojciec jednak nieustannie ją kontrolował. Biegał za nią, pomagał przy najprostszych czynnościach i powtarzał, że sobie nie poradzi.
Wciąż podkreślał jej ograniczenia, zamiast zauważać możliwości i dopingować, że sama da radę. Tymczasem wyręczanie dziecka to nie miłość, tylko nadopiekuńczość, a komunikat "nie poradzisz sobie sam" potrafi zostać z dzieckiem na lata.
Patrzyłam na tę sytuację i czułam coraz większy dyskomfort. Z jednej strony widziałam rodzica bardzo zaangażowanego. Takiego, który pilnuje bezpieczeństwa dziecka i chce uchronić je przed każdym potknięciem. Z drugiej strony obserwowałam, jak krok po kroku podcina córce skrzydła. Nie bez powodu psycholodzy alarmują, że rodzice niszczą dzieci nadopiekuńczością, odbierając im poczucie sprawczości.
Pewność siebie buduje się przez próby
Pewność siebie nie bierze się znikąd. Dziecko buduje ją właśnie wtedy, gdy próbuje, ćwiczy, czasem się potyka, musi się podnieść po porażce i odkrywa, że mimo wszystko daje radę. Eksperci przypominają, że pewność siebie buduje się latami i można wzmacniać ją już u niemowlaka: zaczyna się od pozwolenia dziecku choćby na samodzielne wdrapanie się na drabinkę.
Ta dziewczynka nie potrzebowała kolejnej pary rąk wykonujących zadanie za nią. Potrzebowała wiary we własne możliwości i wsparcia taty, który dla dziewczynki jest przecież pierwszym wzorem faceta.
Rodzic jest lustrem, w którym dziecko widzi siebie
Najbardziej poruszyło mnie to, że słowa ojca prawdopodobnie zostaną z tą małą na długo. Jako kobieta i córka wiem to doskonale, bo nasze pokolenie wciąż od jakichś dorosłych słyszało, że jest niewystarczające. Dla małego dziecka rodzice są lustrem, w którym widzi siebie. Jeśli tata pokazuje córce, że jest odważna i kompetentna, zaczyna w to wierzyć.
Jeśli nieustannie sugeruje jej, że bez pomocy sobie nie poradzi, także może w to uwierzyć. Skutki bywają smutne – opisywaliśmy, jak nauczycielka kazała uczniom wypisać swoje 3 zalety, a reakcja dzieci okazała się wyjątkowo smutna, bo wiele z nich potrafiło wymienić tylko same swoje wady.
Nie oceniam tego mężczyzny. Być może sam słyszał podobne komunikaty jako dziecko. Być może działał z troski i przekonania, że robi coś dobrego. Wielu z nas nieświadomie powiela wzorce wyniesione z domu rodzinnego.
Czy powinnam była zareagować?
Zastanawiam się jednak, czy powinnam była zareagować. Wtedy odwróciłam wzrok jak większość rodziców wokół. Poczułam się niezręcznie i nie chciałam wtrącać się w cudze wychowanie. Teraz jednak myślę o tej dziewczynce i mam wrażenie, że zabrakło jednego dorosłego, który zauważyłby, jak wiele już potrafi.
Może, gdybym zwróciła jej tacie uwagę, on też by się opamiętał i przestał na każdym kroku powtarzać jej, że jest fajtłapą. Lato dopiero się zaczyna. Będę jeszcze wiele razy siedzieć na ławce przy placu zabaw i obserwować dzieci zdobywające nowe umiejętności na drabinkach, zjeżdżalniach i linowych konstrukcjach.
Chciałabym, żebyśmy jako rodzice pamiętali, że naszym zadaniem nie jest wspinanie się za nasze pociechy. Naszym zadaniem jest stać obok i wierzyć, że dadzą radę wejść na górę o własnych siłach.
Zobacz także




