
Jeszcze niedawno problemem polskich szkół były przepełnione klasy. Dziś coraz więcej placówek mierzy się z pustymi ławkami i dramatycznym spadkiem liczby uczniów. Eksperci alarmują, że w niektórych miejscach klasy mogą liczyć zaledwie kilka osób.
Jeszcze kilkanaście lat temu rodzice walczyli o miejsca w przepełnionych szkołach i przedszkolach. Dziś coraz więcej samorządów mierzy się z zupełnie innym problemem. W niektórych miejscowościach klasy liczą po kilku uczniów, a eksperci zaczynają otwarcie mówić o tym, że szkoły będą musiały się zmienić. Padają nawet konkretne liczby. Oddziałów z mniej niż ośmiorgiem dzieci nie powinno się już tworzyć.
Eksperci o "modelowej" klasie
Temat ten wrócił podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, gdzie eksperci, samorządowcy i przedstawiciele oświaty dyskutowali o tym, jak powinna wyglądać "modelowa" klasa. Taka, która z jednej strony zapewnia dzieciom dobre warunki do nauki i rozwoju, a z drugiej pozwala szkołom po prostu przetrwać finansowo.
I choć mogłoby się wydawać, że im mniej dzieci w klasie, tym lepiej, sprawa wcale nie jest taka prosta.
Mała klasa to więcej uwagi nauczyciela, spokojniejsza atmosfera, mniej hałasu i większa szansa na indywidualne podejście do ucznia. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy dzieci jest tak mało, że szkoła przestaje normalnie funkcjonować i traci płynność finansową.
"Dzieci potrzebują grupy rówieśniczej, rywalizacji, współpracy, wspólnej gry czy wycieczki. W sześcioosobowej klasie trudno to zapewnić" – tłumaczył podczas debaty Grzegorz Cichy, burmistrz Proszowic i prezes Unii Miasteczek Polskich.
To właśnie samorządowcy coraz częściej alarmują, że niż demograficzny zaczyna uderzać szczególnie mocno w małe szkoły i gminy. Skala tego, co się dzieje, jest naprawdę dramatyczna — szerzej pisaliśmy o tym w analizie twoja szkoła może zniknąć z mapy, niż demograficzny uderzy w kilka regionów najmocniej. Z prognoz wynika, że między 2026 a 2034 rokiem liczba dzieci w wieku 7–14 lat spadnie z ponad 3,15 mln do około 2,58 mln. To oznacza ubytek ponad 570 tysięcy uczniów, czyli spadek o ponad 18 proc. W praktyce: każda piąta klasa, którą znamy dziś, za niespełna dekadę po prostu nie powstanie.
Optymalna liczba dzieci w klasie
Eksperci wskazują, że optymalna liczba uczniów w klasie to około 13-15 osób. Taka grupa pozwala jeszcze na indywidualne podejście do ucznia, ale jednocześnie daje dzieciom możliwość budowania relacji społecznych. Zdaniem części samorządowców minimalna liczba uczniów w oddziale powinna wynosić osiem.
Dla wielu rodziców może to brzmieć brutalnie, bo to oznacza zamykanie części oddziałów. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie szkoła jest czymś więcej niż tylko budynkiem, często stanowi centrum lokalnej społeczności. Gdy pojawia się informacja o likwidacji klasy albo całej placówki, protestują rodzice, nauczyciele i mieszkańcy.
To zresztą postulat, który nie wszyscy popierają. Sami nauczyciele mają nieco inne zdanie. Pisaliśmy o tym w tekście nauczyciele chcą limitów na dzieci w klasie, maksymalnie 20 uczniów – jak w przedszkolu — Związek Nauczycielstwa Polskiego postuluje, by maksymalna liczba uczniów w klasie nie przekraczała 20, a w klasach zerowych — najlepiej 18. Argument? Mniejsze oddziały to "lepsza edukacja i bezpieczniejsza szkoła/przedszkole". Niż demograficzny mógłby być więc nie tyle problemem, co szansą na poprawę jakości nauczania — pod warunkiem, że system to wykorzysta.
Co ciekawe, dane GUS pokazują, że trend zmniejszania klas już się rozpoczął — i to bez żadnej odgórnej decyzji ministerialnej. W tekście publiczne szkoły jak prywatne, to efekt niskiej dzietności w Polsce wykazaliśmy, że średnia liczba uczniów w klasie w polskich publicznych podstawówkach to dziś 17–18, a na wsiach jeszcze mniej — 15 uczniów. Jeszcze kilkanaście lat temu takie warunki oferowały wyłącznie szkoły prywatne, gdzie za niewielkie klasy rodzice płacili po kilka tysięcy złotych czesnego miesięcznie. Dzisiaj — przy odpowiedniej organizacji — dziecko w państwowej szkole na wsi może uczyć się w klasie o połowę mniejszej niż jego rodzic 25 lat temu.
Demografia jest jednak nieubłagana
W niektórych szkołach na jedną klasę przypada dziś zaledwie kilku uczniów. A utrzymanie takiej placówki oznacza ogromne koszty dla gmin. Trzeba opłacić nauczycieli, ogrzewanie, utrzymanie budynku i organizację zajęć, mimo że dzieci jest coraz mniej.
Skala depopulacji jest naprawdę szokująca. Świetnie pokazał ją portal innpoland.pl w analizie katastrofa demograficzna w Polsce, tak niskiej liczby urodzeń nie było od 200 lat — w 2024 roku w Polsce urodziło się zaledwie 251,8 tys. dzieci. Jak mówi prof. Piotr Szukalski z Uniwersytetu Łódzkiego: "To nie tylko najmniej od II wojny światowej, ale najmniej od 200 lat na całych obecnych ziemiach polskich". W 2025 roku ta liczba spadła jeszcze niżej — do około 238 tys. Tymczasem nadal mamy w Polsce ok. 13 tys. szkół podstawowych, zaprojektowanych dla zupełnie innego poziomu urodzeń.
Jednocześnie eksperci podkreślają, że sama liczba uczniów nie przekłada się automatycznie na lepsze wyniki w nauce. Magdalena Radwan-Röhrenschef z Instytutu Badań Edukacyjnych zwracała uwagę, że badania nie pokazują prostego związku między wielkością klasy a osiągnięciami uczniów. Znacznie większe znaczenie mają m.in. jakość nauczania czy warunki pracy nauczycieli.
I to właśnie nauczyciele coraz częściej pojawiają się w centrum tej całej dyskusji. Mniejsze klasy oznaczają teoretycznie łatwiejszą pracę, ale rzeczywistość wygląda dziś inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Coraz więcej dzieci ma specjalne potrzeby edukacyjne, trudności emocjonalne albo wymaga dodatkowego wsparcia. Dyrektorzy szkół podkreślają, że w praktyce niemal każda klasa potrzebuje dziś nie tylko nauczyciela prowadzącego, ale też nauczyciela wspomagającego.
Do tego dochodzi jeszcze jeden problem, jakim są przepisy. W klasach I-III limit wynosi obecnie 25 uczniów. Jeśli zapisze się ich więcej, szkoła często musi tworzyć dwa oddziały. Dla małych placówek to ogromne wyzwanie organizacyjne i finansowe.
MEN przygotowało zmianę. Szkoły zbiorcze wracają
Resort edukacji nie czeka z założonymi rękami. W grudniu 2025 roku rząd przyjął nowelizację Prawa oświatowego, która ma uratować mniejsze placówki przed całkowitą likwidacją. Pisaliśmy o tym w artykule będzie nowy rodzaj gimnazjów? MEN szykuje szkoły na demograficzny krach. Zgodnie z propozycją, w trudnych warunkach demograficznych szkoły podstawowe będą mogły organizować naukę tylko dla wybranych etapów: klas I–III, I–IV lub IV–VIII. To rozwiązanie, które ma być alternatywą wobec po prostu likwidacji placówek — wraca w nim koncepcja "szkół zbiorczych", trochę przypominająca dawne gimnazja.
Minister Barbara Nowacka nie ukrywa skali problemu. Jak mówiła w grudniu, prognozy wskazują na 30-procentowy spadek liczby dzieci do 2060 roku, a w wariantach pesymistycznych — nawet 45-procentowy. To zmienia mapę edukacyjną Polski w sposób fundamentalny.
W skrajnych przypadkach absurd osiąga proporcje wręcz literackie. Pokazaliśmy to w tekście demograficzny absurd w Polsce, są miasta, gdzie jest więcej szkół niż urodzeń. W raporcie Związku Miast Polskich pojawiły się konkretne miasta, w których w 2025 roku urodziło się mniej dzieci niż istnieje szkół podstawowych. Sześcioro narodzonych przy sześciu placówkach. Trudno wyobrazić sobie bardziej drastyczny obraz polskiego niżu demograficznego — i trudno też wyobrazić sobie, by te miasta utrzymały taką sieć placówek przez najbliższe dziesięć lat.
Nowe standardy są nieuniknione
Dlatego samorządy coraz głośniej mówią o konieczności stworzenia nowych standardów dla polskich szkół. Takich, które będą uwzględniały zarówno dobro dzieci, jak i realia finansowe gmin.
Pewne kroki zostały już zrobione — w grudniu 2025 roku Rada Ministrów przyjęła pakiet zmian, o którym pisaliśmy w tekście MEN zmienia zasady w szkołach, chodzi o małe placówki. Gminy mogą teraz wykorzystywać wolne pomieszczenia w szkołach na opiekę nad dziećmi do lat 3, zajęcia dla seniorów lub działania kulturalne i obywatelskie. W szkołach, w których w klasach I–III uczy się maksymalnie 12 uczniów, będzie można łączyć wszystkie zajęcia edukacyjne (za zgodą rodziców, nauczycieli i gminy). To rozwiązania, które dają nadzieję małym placówkom — pod warunkiem, że samorządy zechcą z nich skorzystać.
Pozostaje jednak fundamentalne pytanie: jak pogodzić finansową realność (małe klasy są bardzo drogie) z edukacyjnym ideałem (małe klasy dają lepsze warunki nauki)? Polska nie jest pierwszym krajem, który stoi przed tym dylematem.
Finlandia od lat wybiera niewielkie klasy i inwestycję w nauczycieli. Japonia i Korea Południowa — odwrotnie, mają wielkie klasy (po 30 uczniów) i mimo to przodują w testach PISA. Pytanie, którą drogą pójdzie Polska, jest dziś otwarte. Pewne jest tylko jedno — system, który stworzyliśmy 30 lat temu, w nowej rzeczywistości demograficznej po prostu nie zadziała.
A jeszcze pewniejsze jest to, że to dzieci, które dziś chodzą do polskich podstawówek, najmocniej odczują skutki decyzji, które właśnie zapadają. Bo to one, w przyszłej Polsce, będą uczyły się w klasach po 8, 13 albo 20 uczniów — zależnie od tego, co dziś wymyślą ministrowie, samorządowcy i nauczyciele.
Źródło: portalsamorzadowy.pl
Zobacz także
