
Czy dziecko, które przychodzi do naszego dziecka w odwiedziny, powinno usiąść z nami do obiadu? Dla jednych to oczywista kwestia gościnności, dla innych temat pełen wątpliwości. Dyskusja w sieci pokazuje, jak bardzo podzielone są w tej sprawie opinie rodziców.
Dziecko zaprasza koleżankę do domu, zbliża się pora obiadu i nagle pojawia się odwieczny dylemat – czy posadzić ją z nami do stołu? Dla jednych to oczywistość, dla innych zupełnie nie. Niedawny wpis jednej z mam wywołał lawinę komentarzy i pokazał, że pytanie o "dokarmianie cudzych dzieci" wciąż dzieli polskich rodziców na dwa obozy.
Temat rozgrzał dyskusję po wpisie jednej z mam, która przyznała, że do tej pory traktowała to jako coś zupełnie naturalnego.
"Przychodzę do was z dziwnym pytaniem. Czy jak wasze dzieci mają gości w domu, to częstujecie je obiadem? Dla mnie to normalne, że jedzą z nami. Ale ostatnio przeczytałam, że dzieci powinny jeść w swoich domach i powiem Wam, że mnie to przeraziło".
Pod jej postem pojawiły się setki komentarzy i szybko okazało się, że to temat, który budzi spore emocje.
Dla wielu rodziców gościnność to oczywistość
Dla części rodziców sprawa jest oczywista i wynika z podstawowych zasad gościnności. Nie analizują tego w kategoriach kosztów czy "czy wypada", tylko traktują jako coś naturalnego.
"Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś przyszedł do nas w gości – czy to dziecko, czy dorosły – i siedział o suchym pysku" – napisała jedna z mam.
W podobnym tonie wypowiadają się inni, podkreślając, że trudno im wyobrazić sobie sytuację, w której jedno dziecko je, a drugie tylko patrzy.
"Oczywiście, że jedzą. Co, mają patrzeć, jak moje jedzą? Czy to obiad, czy przekąski, zawsze częstuję" – czytamy w komentarzach.
To uczy dzieci czegoś więcej niż jedzenia
Część rodziców zwraca uwagę na coś jeszcze – że chodzi nie tylko o jedzenie, ale o relację i atmosferę domu. Dziecko, które przychodzi w gości, jest traktowane jak domownik, przynajmniej na chwilę.
"Jeśli możesz dać obcemu dziecku swój czas i opiekę, to serio ktoś będzie wyliczał talerz zupy?" – pisze jedna z użytkowniczek.
Podobne podejście widać w innych wypowiedziach, gdzie gościnność jest czymś oczywistym i niewymagającym kalkulacji. "U mnie zawsze znajdziesz miejsce przy stole i pełny talerz" – dodaje inna mama, opisując sytuację, w której raz musiała podać obiad dla kilku dzieci jednocześnie.
Wspólne posiłki to też okazja, by dzieci uczyły się rozmowy przy stole, dzielenia się i obserwowały relacje dorosłych. Niektórzy rodzice idą krok dalej i angażują pociechy w samo przygotowanie posiłku – wspólne gotowanie z dzieckiem okazuje się przy okazji świetną zabawą i nauką w jednym.
Są też głosy bardziej stanowcze, które nie zostawiają miejsca na wątpliwości. Dla niektórych to kwestia zasad, z których nie zamierzają rezygnować. "Nigdy w życiu nie dopuściłabym do sytuacji, żeby dziecko siedziało i patrzyło, jak inni jedzą" – pisze jedna z kobiet. I dodaje: "Jak wykarmię cztery osoby, to i piątą dam radę".
Druga strona medalu – alergie i odpowiedzialność
Z drugiej strony pojawiają się opinie, które pokazują zupełnie inną perspektywę. Nie chodzi w nich o brak chęci czy skąpstwo, ale raczej o ostrożność i odpowiedzialność.
"Nie rozumiem matek, które karmią cudze dzieci. Nie wiecie, na co są uczulone, czy mają specjalną dietę" – zwraca uwagę jedna z komentujących.
I to jest argument, którego nie sposób zlekceważyć. Alergia pokarmowa u dzieci staje się coraz powszechniejszym problemem, a nawet 10-latek może nie pamiętać, że nie wolno mu zjeść np. dań z selerem, orzechami czy mlekiem krowim. Niektóre publikacje stawiają sprawę dosadnie: nie zapraszaj obcych dzieci na obiad, bo bez kontaktu z ich rodzicami nigdy nie masz pewności co do diet, uczuleń ani domowych zwyczajów żywieniowych.
To podejście pokazuje, że dla części rodziców ważniejsze od spontanicznej gościnności jest bezpieczeństwo i pewność, że nie zrobią czegoś wbrew zasadom obowiązującym w innym domu.
Są też tacy, którzy próbują znaleźć rozwiązanie gdzieś pośrodku. Nie traktują tego jako obowiązku, ale też nie widzą problemu w okazjonalnym częstowaniu. "Zależy, czy gość jest zapowiedziany i czy mam więcej jedzenia. Jeśli tak – zawsze proponuję. Jeśli nie, też nie robię z tego problemu i szukam zamienników" – pisze jedna z mam.
Pokoleniowa zmiana w polskich domach
W wielu komentarzach pojawia się też wątek tego, jak było kiedyś. Dla części osób to po prostu naturalna kontynuacja tego, czego same doświadczyły w dzieciństwie.
"Jestem z lat 90. i zawsze byłam częstowana obiadem u koleżanek. Wyniosłam to do dorosłego życia" – pisze jedna z kobiet. I dodaje, że dziś robi dokładnie to samo, często przygotowując coś specjalnie z myślą o dzieciach, które przychodzą w odwiedziny.
Trudno nie zauważyć, że dyskusja ta dotyka znacznie szerszego zjawiska – dziwnych nawyków Polaków w gościach, czyli zestawu niepisanych zasad, które kształtowały się latami i wciąż nas obowiązują, choć rzadko o nich rozmawiamy. Część z nich dotyczy też samych dzieci – warto z drugiej strony pomyśleć też o tym, na jakie rzeczy nie pozwalamy dzieciom w gościach i czego ze swojej strony oczekujemy od rodziców ich kolegów.
Granice gościnności – kiedy spontaniczna wizyta staje się problemem
Nie brakuje jednak głosów, które pokazują, że nawet w tej oczywistości są pewne granice.
"Nie chodzi się w gości w porze obiadowej bez zaproszenia" – zauważa jedna z mam. I przyznaje dalej, że jednorazowa sytuacja nie jest problemem, ale gdyby stało się to codziennością, zaczęłaby na to patrzeć inaczej.
Na drugim biegunie są rodzice, którzy podchodzą do tematu z dużą swobodą i otwartością. Ich domy funkcjonują trochę jak miejsca spotkań, w których zawsze znajdzie się coś do jedzenia.
"Czasem wracam do domu, liczę buty i wiem, że zabraknie jedzenia. Wtedy idę do sklepu i dokupuję" – przyznaje jedna z mam. I dodaje: "Nigdy nie zostawiłabym żadnego dziecka bez jedzenia".
Zobacz także
