dwaj bracia przeglądają na podłodze książkę
Seria "Martynka" wydawała mi się skierowana do dziewczynek, ale pomyliłam się. fot. Vika Glitter/Pexels

Kiedy sięgałam z synami po serie książek o "Martynce", która dziś już jest klasykiem, byłam przekonana, że wracam do historii z dzieciństwa, która nie była niczym odkrywczym. Tymczasem wspólne czytanie z dziećmi obnażyło nie tylko zakorzenione we mnie stereotypy, ale też pokazało, jak bardzo jedna książka może zmienić sposób patrzenia na wychowanie.

REKLAMA

Większość z nas ma swoje ulubione książki z dzieciństwa – takie, do których chętnie wrócilibyśmy sami albo przeczytali je razem z własnymi dziećmi. Jako mama nie mogłam się doczekać, aż sięgnę z nimi po "Dzieci z Bullerbyn", "Harry'ego Pottera" czy "Baśnie" Andersena z ilustracjami Jana Szancera. Wśród książek, do których mam ogromny sentyment, jest także seria o Martynce autorstwa belgijskiego pisarza dla dzieci i młodzieży Gilberta Delahaye'a.

Sentyment do brązowego jamnika i nostalgia za latami 90.

Książki o Martynce były mi szczególnie bliskie w dzieciństwie – nie tylko ze względu na imię bohaterki, ale także dlatego, że miała brązowego jamnika, a ja również wychowywałam się z takim pieskiem. W latach 90. seria była wydawana w zbiorczych tomach w przekładzie Andrzeja Woronieckiego i do dziś stanowi dla mnie piękny, nostalgiczny powrót do tamtych lat.

Ten sentymentalny powrót do dzieciństwa nie jest moim odosobnionym doświadczeniem — to wręcz trend na 2026 rok wywołuje emocje, milenialsi odnajdują w nim swoje dzieciństwo i coraz częściej sięgają po smaki, książki i przedmioty, które kojarzą im się z latami 80. i 90.

Wspólne czytanie z dziećmi jako rytuał

Kiedy moi synowie sami przynieśli grubą książkę i poprosili o przeczytanie jednego opowiadania, nie trzeba mnie było długo namawiać. Szybko przypomniałam sobie, co mnie kiedyś w tych historiach urzekło – są barwne, ciekawe z perspektywy kilkuletnich dzieci i skupiają się na codzienności. Bohaterowie bawią się razem w parku, lesie czy na placu zabaw, a ich przygody pełne są beztroski i dziecięcej radości.

Podobne uczucie towarzyszy mi przy innych klasykach — zresztą polskie wydania Harry'ego Pottera oczarowały mnie i dzięki nim bakcyla złapały moje dzieci, pokazując, że klasyki literatury dziecięcej wciąż łączą pokolenia. Wspólne czytanie z dziećmi staje się w naszym domu prawdziwym rytuałem — czymś, co buduje więź dużo mocniej niż ekranowa rozrywka.

Niespodziewana reakcja synów na "dziewczyńską" lekturę

Przeczytaliśmy wspólnie dwa opowiadania i muszę przyznać, że reakcja synów mnie zaskoczyła. Jako dziecko kochałam tę serię, ale wydawało mi się, że jest ona raczej skierowana do dziewczynek – łatwo było mi utożsamiać się z bohaterką. Tymczasem moi synowie byli w pełni zaangażowani w historie.

Kiedy spojrzałam na nie z dystansu, zauważyłam, że wcale nie są dziewczyńskie. Martynka bawi się z różnymi dziećmi – gra z chłopcami w piłkę, jeździ na łyżwach, spędza czas z bratem i jego kolegami. W tych opowieściach nie ma wyraźnych podziałów ani stereotypowego przypisywania aktywności do płci.

To odkrycie było dla mnie zaskakujące, bo pokazało, jak bardzo wychowanie lat 90. opierało się jeszcze na szufladkowaniu dzieci. Wystarczy wspomnieć tamte czasy, gdy debata o tym, czy zabawki mają płeć — niebieskie dla chłopców, różowe dla dziewczynek — w ogóle nie istniała w głównym nurcie. Sztywny podział na "chłopięce samochody" i "dziewczęce lalki" był czymś tak oczywistym, że nikt nawet nie próbował go kwestionować.

Tymczasem w "Martynce" tego podziału po prostu nie ma. Bohaterka biega z chłopakami za piłką tak samo naturalnie jak rysuje czy bawi się lalkami — i nikt z dorosłych w tych historiach nie próbuje tego "korygować". Z dzisiejszej perspektywy widać, że to było coś rzadkiego i cennego, zwłaszcza w kontekście tego, co nawet dziś bywa problemem — bo pod pantoflem trzymać brata, w tym przedszkolu utrwalane są najgorsze stereotypy pokazało, że stereotypowe wierszyki o "słodkiej mince" dziewczynki i chłopcu "zdobywającym świat" potrafią pojawiać się również współcześnie.

Wspólne wycieczki do biblioteki po kolejne tomy

Synowie polubili te historie na tyle, że zaczęliśmy wypożyczać kolejne części z biblioteki – wybieraliśmy te, których nie było w naszym trzytomowym zbiorze. Te wspólne wycieczki w poszukiwaniu nowych przygód Martynki to dla nas teraz rytuał, który — mam nadzieję — zostanie z nimi na lata. Zwłaszcza że tak dziecko zamieni tablet na książkę: 7 genialnych trików "na rozczytanie" potwierdza, że regularne wizyty w bibliotece i pozwolenie dziecku na samodzielny wybór lektury to jeden z najskuteczniejszych sposobów, by książka wygrała z ekranem.

logo
Wydanie "Martynki" z lat 90. fot. materiały własne

Książki z trudnym tłumaczeniem

Zdziwiło mnie natomiast, że książki te nie cieszyły się dużym zainteresowaniem w bibliotece, choć są to naprawdę piękne i ponadczasowe opowieści o dzieciństwie. Pojawiło się też inne zaskoczenie – nowe wydania różniły się wyraźnie językiem. Jako polonistka zwracam na to szczególną uwagę.

Po krótkim śledztwie okazało się, że w nowszych, pojedynczych wydaniach tłumaczenia dokonała Wanda Chotomska. Choć uwielbiamy jej wiersze, tutaj język okazał się cięższy, momentami nienaturalnie rymowany i trudniejszy w odbiorze niż w starszych wydaniach.

Synowie szybko wyczuli tę różnicę – sami prosili, by wracać do wcześniejszych opowiadań, które brzmiały bardziej naturalnie i swobodnie. Mimo że tłumaczenie Chotomskiej jest nowsze, wydaje się mniej przystępne dla współczesnych dzieci. W sieci znalazłam informację, że w 2025 roku seria doczekała się kolejnego przekładu autorstwa Liliany Fabisińskiej, który podobno zachowuje dawny urok, a jednocześnie nadaje tekstom świeżość.

logo
Wydanie "Martynki" z lat 90. fot. materiały własne

Być może jeszcze po nie sięgniemy, bo – choć sama się tego nie spodziewałam – moi synowie naprawdę polubili "Martynkę". Ich ulubieńcem został piesek Pufek, a szczególnie zapamiętali opowiadania o locie balonem i wieczorze wigilijnym.

Na koniec dochodzę do wniosku, że siła tej serii tkwi właśnie w jej ponadczasowości. To opowieści o dzieciństwie, relacjach i codziennych przygodach, które nie starzeją się mimo upływu lat (no może oprócz sytuacji, kiedy mama pozwala dzieciom jechać w daleką podróż pociągiem do cioci na wieś bez opieki żadnego dorosłego ;-)).

Co ważne, nie są skierowane wyłącznie do dziewczynek ani chłopców – pokazują świat, w którym dzieci po prostu są razem, bawią się i przeżywają swoje małe wielkie przygody. I chyba właśnie dlatego "Martynka" wciąż może zachwycać kolejne pokolenia.