wielkanocny stół i rodzina
"Sarmackie biesiadowanie" odchodzi do lamusa, dziś rodziny chcą w końcu odpoczywać. fot. Annie Spratt/Unsplash

Jeszcze niedawno święta oznaczały uginające się od jedzenia stoły i wielodniowe przygotowania. Dziś coraz więcej Polaków mówi "dość" i rezygnuje z nadmiaru na rzecz spokoju. I tak w większości domostw góry jedzenia się po prostu marnowały i trzeba je było potem wyrzucić. Zmiana zaskakuje, bo dotyczy już nie tylko młodszych, ale także seniorów.

REKLAMA

Koniec ze świątecznymi, suto zastawionymi stołami

Polacy to taki naród, który, jak już ma sposobność, to uwielbia biesiadować. Hucznie obchodzimy rodzinne uroczystości, święta i wszelkie inne okazje — zwykle w dużym gronie rodzinnym i przy oczywiście suto zastawionym stole. Przez lata na święta szykowano ogrom dań — starsze pokolenia chciały w ten sposób prawdopodobnie nadrobić to, że w czasach powojennych zawsze czegoś w domu brakowało i nawet święta musiały być obchodzone wyjątkowo skromnie.

Później, kiedy w latach 90. wreszcie nie było problemu z pustymi półkami w sklepach, wszyscy wpadli w jakiś szał — święta zawsze musiały być na bogato, a ciocie, mamy i babcie zwykle szykowały tak dużo jedzenia, że wszystkiego zostawało i trzeba było potem dojadać przez kilka dni.

Pokolenie 30- i 40-latków odrzuca maraton przygotowań

Dzisiejsze pokolenie osób w okolicach 30. i 40., którzy są rodzicami, stara się te szkodliwe zwyczaje zmieniać i odchodzić od nich. Widzą, że wiele z tych przyzwyczajeń czy czynności, które ich rodzice uważali za niezbędne, bywają dla nich niszczące i prowadzące do wiecznego zmęczenia.

Rezygnują z cotygodniowego sprzątania całego domu na błysk, z mycia okien na święta i szykowania wielkanocnego śniadania, jakby do domu w gości miał przyjść pułk wojska. Coraz więcej matek i ojców rozumie, że święta to nie projekt do zrealizowania — że niekończąca się lista zadań odbiera radość z czasu, który powinien być oddechem, a nie sprintem. Dziś w końcu rozumiemy, że nasz komfort i odpoczynek są ważniejsze niż ogrom jedzenia, które się zmarnuje, i że święta wcale nie muszą oznaczać maratonu spotkań rodzinnych przy stole.

Świetnie o tym napisał na Threads polonista i pisarz, Tomasz Fijałkowski: "Na moich oczach coś się kończy. Moja mama, osoba bardzo wierząca, mówi, że ona tam żadnego śniadania wielkanocnego nie robi. Niech sobie rodzina spokojnie w szlafrokach pochodzi od rana. Potem mogą wpaść. Moja teściowa: 'No ile można jeść? Kto to wszystko zje potem? Dzieciaki i tak tych kiełbas i żurków nie ruszą'. Znika nam sarmackie biesiadowanie" — napisał z pewną dozą zadziwienia.

Kiedy nawet seniorzy mówią "dość"

To, co pisze Fijałkowski, jest wymowne, bo pokazuje, że zmiana myślenia o świętach nie dotyczy już tylko rodziców w wieku średnim, ale też seniorów. Coraz częściej to oni sami rezygnują z przesadnej ilości potraw i gromadzenia całego arsenału dekoracji. Wreszcie widać, że dla wielu starszych osób święta stają się okazją do spokoju i wspólnego czasu, a nie do przygotowań na pokaz, które kiedyś wydawały się niezbędne.

I dobrze — bo jak przyznają sami internauci, coraz powszechniejszy jest też scenariusz, w którym poszłam na zakupy z listą od teściowej i odwołałam Wielkanoc, gdy suma na paragonie unaoczniła, jak absurdalnie kosztowne i wyczerpujące są coroczne oczekiwania. Ten rodzaj trzeźwego rachunku zysków i strat dotyczy coraz większej grupy rodzin.

Dzieci uczą się tego, co widzą przy stole

Komentarze internautów tylko potwierdzają ten trend. Widać w nich ulgę i radość, że rodzina może spędzać czas w normalnym tempie, że nie trzeba podtrzymywać staromodnych rytuałów kosztem własnego komfortu. Wielu przyznaje, że dzieci faktycznie nie są zainteresowane nadmiarem potraw i że liczy się bardziej wspólne bycie razem niż litry żurku, tony sałatek i mazurków.

Warto też pamiętać, że wzorce świętowania przekazujemy dzieciom bezwiednie. Złe nawyki, których uczymy dzieci podczas świąt — jak normalizowanie objadania się czy chroniczne przeciążanie się obowiązkami — zostają z nimi na długo. Żartobliwe "serniczka jeszcze zmieszczę" w oczach kilkulatka zamienia się w komunikat: tak właśnie wygląda świętowanie. To nie jest wzorzec, który chcemy im zostawić.

Od przesytu do relacji z jedzeniem — zmiana, która już trwa

Można więc powiedzieć, że powoli odchodzi od nas "sarmackie biesiadowanie", o którym napisał Fijałkowski. Znikają wielkie świąteczne maratony, w których każdy czuł obowiązek zjedzenia wszystkiego, co znalazło się na stole.

Nie jest to zresztą zjawisko izolowane — coraz więcej rodzin w ogóle krytycznie patrzy na to, jak święta są pretekstem do normalizowania nadmiaru. Rodzice, którzy np. nie świętują tłustego czwartku, bo chcą, żeby ich dziecko miało zdrową relację z jedzeniem, widzą ten sam mechanizm co autorka cytowanego wpisu: że celebrowanie = objadanie się to skrót, który będzie dziecku bardzo trudno przeprogramować w dorosłości.

Spokojne święta zamiast wyścigu z czasem

W zamian za maratony pojawia się coś znacznie cenniejszego — spokój, świadomość, że święta to czas na oddech, na bycie razem i na drobne przyjemności, które w codziennym pędzie łatwo przeoczyć. Coraz więcej rodziców świadomie odpuszcza — i jak przyznają autorzy takich wyborów, w tegoroczne święta odpuszczę, a teściowa niech gada brzmi jak manifest, a nie wyznanie winy. Uśmiechnięta mama, która ma czas na rozmowę przy stole, jest dla dzieci więcej warta niż perfekcyjnie podany żurek.

W końcu w świętach nie chodzi o ilość, lecz o jakość — i to chyba najpiękniejsza zmiana, jaka nam się przytrafiła.