
Nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej oddaje uczniom ogrom czasu, energii i emocji. Czasem wystarczy jednak jedna rozmowa z rodzicem, by po latach pracy poczuł, że grunt usuwa się spod nóg. Historia nauczycielki z 20-letnim stażem pokazuje, jak kruche potrafią być dziś relacje między szkołą a rodzicami.
Nauczyciel początkowy oddaje uczniom całego siebie
W klasie dziecka mojej przyjaciółki wydarzyło się coś, co wielu osobom z zewnątrz może wydać się drobiazgiem. Jednak dla jednej osoby okazało się momentem granicznym, a ja jako mama ucznia, która bardzo chce dobrych relacji z wychowawczynią syna, poczuła w sobie ogrom empatii dla pedagożki, o której opowiedziała mi przyjaciółka.
Nauczycielka z ponad dwudziestoletnim stażem pracy od tygodnia przebywa na zwolnieniu lekarskim. W szkole mówi się tylko tyle, że nie wiadomo, kiedy wróci. Nie chodzi o chorobę. Chodzi o zwyczajne ludzkie zmęczenie i poczucie, że coś w relacji szkoła-rodzice bardzo się popsuło.
To doświadczona wychowawczyni, która teraz zajmuje się trzecią klasą. Przez lata przeprowadziła przez pierwszy etap edukacji setki dzieci. Zawsze była jedną z tych nauczycielek, które naprawdę przejmują się uczniami: uczyła też moją przyjaciółkę, więc wiem to z pierwszej ręki.
Dbała o to, żeby dzieci były przygotowane do lekcji, żeby wszyscy rozumieli przerobiony materiał, żeby pamiętały o podstawowych zasadach higieny. Tak wygląda codzienność w młodszych klasach szkoły podstawowej. Nauczyciel nie tylko uczy czytania i liczenia, ale też pomaga dzieciom nauczyć się funkcjonować w grupie.
Kilka dni temu odbyło się zebranie z rodzicami. Pod koniec spotkania jedna z matek poprosiła o rozmowę. Podobno chodziło o sytuację z lekcji. Nauczycielka zwróciła dziecku uwagę, że ma bardzo brudne ręce i poprosiła je, żeby poszło je umyć do toalety. Dla wielu osób to zupełnie zwyczajna reakcja dorosłego, który opiekuje się dziećmi. Wychowawczyni tłumaczyła później, że zrobiła to spokojnie, tak jak robiła to setki razy wcześniej wobec różnych uczniów. Dla niej to była jedna z wielu sytuacji.
Matka dziecka miała jednak zupełnie inne zdanie. Podczas rozmowy po zebraniu oskarżyła nauczycielkę o mobbing wobec jej syna. Słowo, które zwykle kojarzy się z poważnymi konfliktami w pracy dorosłych ludzi, nagle zostało użyte w kontekście prośby o umycie rąk. Inni rodzice, którzy rozmawiali jeszcze na korytarzu po zebraniu mówili, że nauczycielka po raz pierwszy w swojej ponad dwudziestoletniej karierze wyszła z niej ze łzami w oczach.
Zobacz także
Prośba o zachowanie zasad higieny czy mobbing?
Moja przyjaciółka, gdy mi o tym opowiadała, sama była w szoku. Ta nauczycielka uchodziła w szkole za osobę spokojną, wyważoną i odporną na stres. Zawsze była rzeczowa i bardzo profesjonalna, a przy tym pewna siebie jako pedagog. Widziano ją w wielu trudnych sytuacjach. Rozwiązywała konflikty między dziećmi, uspokajała rodziców, którzy mieli pretensje o oceny albo o zachowanie uczniów. Tym razem coś w niej pękło.
Od kilku dni jest na zwolnieniu lekarskim. Wśród rodziców krążą różne informacje, ale często mówi się też o jednym przypuszczeniu. Podobno nauczycielka naprawdę zastanawia się, czy po tylu latach pracy nie odejść z zawodu. Nie dlatego, że nie lubi dzieci. Powodem są relacje z dorosłymi, które z roku na rok są coraz trudniejsze.
Ta historia nie jest niestety wyjątkiem. Coraz częściej słyszy się o nauczycielach, którzy mówią, że najbardziej boją się już nie uczniów, ale reakcji ich rodziców. Każda uwaga wobec dziecka może zostać odebrana jako atak, nauczyciele uważają rodziców za roszczeniowych i awanturujących się. Każda prośba pedagoga może zostać uznana za przekroczenie granicy. W takiej atmosferze trudno normalnie pracować.
Szkoła podstawowa, zwłaszcza w młodszych klasach, nie może funkcjonować bez zaufania. Nauczyciel musi mieć przestrzeń, żeby powiedzieć dziecku, że coś zrobiło nie tak. Czasem chodzi o zadanie domowe, czasem o zachowanie wobec kolegów, a czasem o tak prozaiczną rzecz jak brudne ręce. Jako mama nie rozumiem, co złego inny rodzic widzi w sytuacji, kiedy nauczycielka prosi ucznia o umycie rąk. Dla mnie robienie z tego afery to jakiś absurd.
Jeżeli każda taka sytuacja kończy się oskarżeniem o przemoc, to prędzej czy później ktoś powie "dość". I wtedy nagle okazuje się, że doświadczona nauczycielka, która przez dwadzieścia lat uczyła dzieci liter i podstawowych zasad życia w grupie, siedzi w domu i zastanawia się, czy jeszcze kiedykolwiek wróci do swojej klasy.
