
"Proszę porozmawiać z dziećmi" – to zdanie regularnie pojawia się w szkolnych komunikatach i coraz częściej frustruje rodziców. Bo jak rozmawiać, gdy nie wiadomo, co dokładnie się wydarzyło i czy problem w ogóle dotyczy naszego dziecka?
Zacznę od tego, co dla mnie jest zupełnie oczywiste – to rodzice są przede wszystkim od wychowywania dzieci. Nie szkoła, nie nauczyciele, nie wychowawcy. Ale jednocześnie trudno udawać, że szkoła nie ma na wychowanie dziecka realnego wpływu.
Dziecko spędza w niej kilka godzin dziennie, wchodzi w relacje, konflikty, napięcia i emocje. Rodzica nie ma w szkole, nie wie co tam się dzieje, nie zna wszystkich sytuacji ani ich kontekstu. I właśnie dlatego odpowiedzialność za rozwiązywanie bieżących sytuacji w czasie szkolnym powinna spoczywać przede wszystkim na placówce.
Gdy emocje już opadną...
Nie wszystko da się odrobić w domu. Są konflikty i nieporozumienia, które najlepiej rozwiązywać tu i teraz, kiedy dzieci jeszcze pamiętają, co się wydarzyło, kto co powiedział i dlaczego emocje tak bardzo eskalowały.
Rozmowy po fakcie, wieczorem, kiedy napięcie już opadło, często są mniej skuteczne. Zwłaszcza jeśli rodzic nie ma pojęcia, czego dokładnie dotyczy problem i co się tam tak naprawdę wydarzyło.
"Proszę o rozmowę z dziećmi"
Ostatnio spotkałam się z koleżanką, która – tak jak ja – ma dzieci w wieku szkolnym. Opowiadała mi, jak wygląda sytuacja w ich klasie. Czwarta klasa, dużo problemów, niemal codzienne incydenty, skargi od nauczycieli przedmiotowych. Wszystko na porządku dziennym. Wychowawczyni ewidentnie sobie nie radzi, więc regularnie na Librusie pojawia się komunikat o podobnej treści: "Dziś klasa bardzo źle zachowywała się na matematyce. Proszę o rozmowę z dziećmi."
I tu pojawia się pytanie, które zadaje sobie wielu rodziców: o czym dokładnie mam rozmawiać z własnym dzieckiem? Co się wydarzyło? Kto brał w tym udział?
Czy moje dziecko w ogóle było częścią tej sytuacji? Bez tych informacji taka "rozmowa" jest w najlepszym wypadku ogólnikiem, a w najgorszym strzelaniem na oślep i oskarżaniem dziecka o coś, czego nie zrobiło.
Z czasem okazało się, że problem wcale nie dotyczy całej klasy, tylko dwóch chłopców, których zachowanie regularnie dezorganizuje lekcje. Cierpią na tym nauczyciele i reszta uczniów. A mimo to komunikaty kierowane są do wszystkich rodziców, jakby odpowiedzialność była zbiorowa.
Czego oczekiwałabym jako rodzic?
Przede wszystkim konkretów. Jeśli moje dziecko brało udział w jakimś zdarzeniu, to biorę za to pełną odpowiedzialność. Chcę znać szczegóły, zrozumieć kontekst, porozmawiać z innymi dorosłymi zaangażowanymi w sytuację. Dopiero wtedy rozmowa z dzieckiem ma sens, bo dotyczy konkretnego zachowania, a nie abstrakcyjnej sytuacji.
Wysyłanie komunikatu w stylu "proszę porozmawiać z dziećmi", bez informacji, co się wydarzyło i kogo dotyczy problem, jest zwyczajnym przerzucaniem odpowiedzialności. Taką trochę spychologią, dla czystego sumienia.
Rozumiem, że nauczyciele pracują w trudnych warunkach, mają pod opieką kilkudziesięciu uczniów i nie są w stanie wychować każdego z osobna. Ale ogólnikowe komunikaty wysyłane hurtowo nie rozwiązują problemu. Frustrują rodziców, stawiają dzieci w niejasnej sytuacji i sprawiają, że rodzice tak naprawdę nie są w stanie pomóc i wesprzeć nauczyciela w danej sytuacji.
A przecież wszystkim – nauczycielom, rodzicom i dzieciom – powinno zależeć na tym, żeby w szkole dało się normalnie funkcjonować i wszyscy mogli się nawzajem wspierać w swoich zadaniach.
