
Pracuję w podstawówce i... czasami chcę zmienić zawód
"Praca w szkole podstawowej to nie tylko nauczanie dzieci. To także, a może przede wszystkim, codzienne spotkania z ich rodzicami. I o ile wielu z nich to ludzie rozsądni, życzliwi i pełni troski o swoje pociechy, o tyle są też tacy, którzy potrafią sprawić, że człowiek zastanawia się, czy przypadkiem nie powinien zmienić zawodu. Ich podejście, oczekiwania i sposób komunikacji bywają tak absurdalne, że czasem naprawdę brakuje mi słów.
Dzieci są szczere, naturalne, mają w sobie radość i chęć nauki. Oczywiście, bywają niesforne, czasem leniwe, czasem gadatliwe. Ale da się z nimi pracować, da się do nich dotrzeć. Gorzej, gdy za nimi stoją rodzice, którzy potrafią zrujnować każdą dobrą intencję nauczyciela.
'Proszę mi tu wstawić piątkę!'
Niektórym rodzicom wydaje się, że oceny to kwestia negocjacji albo, co gorsza, wymuszenia. Ostatnio przyszła do mnie mama ucznia z czwartej klasy, oburzona, że jej syn dostał trójkę z klasówki.
'Przecież on się starał!' – grzmiała, patrząc na mnie, jakbym właśnie skazała jej dziecko na jakąś życiową porażkę.
'Tak, widziałam, że się starał' – odpowiedziałam spokojnie. 'Ale zrobił kilka błędów i dlatego ma trójkę'.
Mama jednak nie zamierzała się poddawać.
'To może chociaż czwórka? No, niech pani nie będzie taka surowa'.
I to jest moment, w którym człowiek zastanawia się, jak w ogóle wytłumaczyć dorosłej osobie, że szkoła to nie sklep, gdzie można sobie 'załatwić' wyższą ocenę. Że dziecko powinno się cieszyć z tego, czego się nauczyło, a nie z tego, jak skutecznie mama wynegocjuje mu lepszy stopień.
Rodzice kontra dzieci – czyli publiczne awantury
Czasem jednak to nie nauczyciele są celem rodzicielskiego gniewu, tylko inne dzieci. A wtedy robi się naprawdę nieprzyjemnie. Przerwa, hałas na korytarzu, typowy szkolny chaos. Nagle do szkoły wpada ojciec jednej z uczennic, wściekły jak osa. Jego córka powiedziała mu, że kolega przypadkiem ją popchnął, więc on natychmiast przyszedł wymierzyć sprawiedliwość. Ale nie nauczycielowi, nie dyrekcji – tylko bezpośrednio temu chłopcu.
'Gdzie jest ten gówniarz?!' – ryczy na cały korytarz. 'Jak śmiał cię popchnąć?!'.
Zanim zdążyłam zareagować, już stał nad przerażonym dziesięciolatkiem i cedził przez zęby:
'Jeszcze raz to zrobisz, to ja ci pokażę!'.
Musiałam interweniować, uspokajać, wypraszać go z budynku. A w głowie miałam tylko jedno pytanie: jak ktoś, kto w ten sposób reaguje, wychowuje swoje dziecko? Co ono słyszy w domu, skoro ojciec wpada do szkoły i grozi innemu dziecku?
Wszyscy są winni, tylko nie moje dziecko
Często bywa też tak, że niektórzy rodzice po prostu nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że ich dziecko może się źle zachowywać.
'Pani syn regularnie dokucza innym dzieciom' – tłumaczę mamie chłopca, który od miesięcy wyzywa kolegów i prowokuje bójki.
'Mój syn?!' – oburza się kobieta. 'Niemożliwe! Przecież on w domu jest taki grzeczny!'.
I koniec rozmowy. Skoro w domu jest grzeczny, to znaczy, że nauczycielka wymyśla, koledzy kłamią, a szkoła się uwzięła. To nie on jest winny – to świat się uwziął na jego biedną, niewinną duszyczkę.
Gdzie się podziała współpraca?
Kiedyś wydawało mi się, że szkoła i rodzice powinni działać razem – dla dobra dziecka. Że to wspólna praca, rozmowy, poszukiwanie rozwiązań. A tymczasem coraz częściej mam wrażenie, że nauczyciel to wróg. Że musimy się tłumaczyć, bronić i odpierać ataki, zamiast po prostu robić swoje.
Czy wszyscy rodzice są tacy? Oczywiście, że nie. Są też cudowni, wspierający, tacy, którzy rozumieją, że ich dziecko nie zawsze jest idealne, ale że szkoła to miejsce, gdzie ma się uczyć – nie tylko matematyki, ale też życia w społeczeństwie. Ale ci, którzy zachowują się jak bohaterowie powyższych scen, potrafią sprawić, że człowiek wraca do domu i myśli: 'Czy to jeszcze ma sens?'. I to jest w tym wszystkim chyba najbardziej przykre".
(Imiona bohaterów zostały zmienione).