mały płaczący chłopiec trzyma za rękę opiekuna
Wiele osób irytuje sie na złość i płacz dzieci, bo nie rozumieją, że one tak regulują emocje. fot. Arzella BEKTAŞ/Pexels

W Polsce dzieci w przestrzeni publicznej wciąż budzą skrajne emocje – od irytacji po otwartą niechęć. Rodzice słyszą kąśliwe uwagi, a zwykłe dziecięce zachowanie bywa nazywane brakiem wychowania. Czy naprawdę chodzi o nienawiść do dzieci, czy raczej o brak wiedzy o ich rozwoju i emocjach?

REKLAMA

W Polsce ludziom przeszkadzają dzieci

Każdy, kto jest rodzicem w naszym kraju, pewnie przytaknie mi ze smutkiem, jeśli powiem, że Polacy nienawidzą dzieci. Kto z was choć raz nie usłyszał kąśliwej uwagi w kolejce do lekarza albo przy sklepowych półkach, kiedy dziecko płakało lub się złościło?

Kto nie widział oburzonego, oceniającego i krytycznego wzroku innych osób w restauracji czy na basenie, kiedy maluch zachowywał się tak, jak zachowuje się po prostu dziecko?

O tym trudnym odbiorze dzieci w przestrzeni publicznej przez społeczeństwo napisała ostatnio użytkowniczka @niealicja na Threads. Jej wpis bardzo mnie poruszył, bo pokazał perspektywę, o której w Polsce wciąż mówi się za mało.

"Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że Polacy nienawidzą dzieci. To nie nienawiść czy brak sympatii. Zresztą trudno szczerze lubić kogoś, kto ci przeszkadza w miejscu publicznym. Polacy po prostu nie są wyrozumiali wobec dzieci, bo mało wiedzą o rozwoju człowieka. Traktujemy dziecko jak małego dorosłego, który potrafi zapanować nad swoimi emocjami i jeśli się drze, pewnie robi to nam na złość. Tak nie jest i wiedzą o tym świadomi rodzice, a społeczeństwo – niekoniecznie.

Układ nerwowy dziecka dojrzewa. Głośne zachowanie to zwykle nie złośliwość czy brak wychowania. [...] młody człowiek uczy się panować nad sobą w praktyce, więc po prostu musi się wykrzyczeć/wyśmiać/wybawić, by móc w przyszłości stać się w pełni szanującym normy społeczne obywatelem. Gdybyśmy to rozumieli łatwiej byłoby nam zaakceptować dzieci w przestrzeni publicznej. Wielka szkoda, że rozumieją to przeważnie tylko rodzice i tylko wtedy gdy zaczną się dokształcać.

Większość z nas zostało wychowanych w świecie, w którym trzeba być 'grzecznym' i siedzieć cicho, bo 'dzieci i ryby głosu nie mają'. Dzieci też rodzi się coraz mniej, więc nie mamy, jak się do nich przyzwyczaić. Nie wierzę niestety, że podejście do dzieci w społeczeństwie szybko się zmieni. No chyba, że będziemy uczyć się o rozwoju i wychowaniu w szkołach, a zajęcia będą sensowne. Nikła szansa...".

Muszę przyznać, że to perspektywa, o której rzeczywiście wciąż mówi się zbyt rzadko. Pisząc materiały o atakowaniu rodziców i dzieci, zwykle podkreślam, że społeczeństwo nie rozumie, iż dzieci dopiero uczą się życia społecznego – a także rozpoznawania i regulowania własnych emocji. Rzadziej jednak zastanawiałam się nad tym, że problem może leżeć głębiej: nie tylko w braku życzliwości czy empatii, ale przede wszystkim w braku edukacji i świadomości.

Nie mamy wiedzy o naturalnym zachowaniu dzieci

Dorośli często traktują dzieci jak małe roboty albo dorosłych z w pełni rozwiniętym układem nerwowym zamkniętych w niewielkim ciele. Nie biorą pod uwagę, że dzieci znajdują się na różnych etapach rozwoju i zwyczajnie nie mają możliwości zachowywać się w przestrzeni publicznej tak jak spokojni, opanowani dorośli.

Wydaje mi się, że jako społeczeństwo powinniśmy przestać oburzać się na "niewychowane dzieci". Zamiast tego wypadałoby zadać sobie pytanie, czego tak naprawdę od nich oczekujemy. Czy dwulatek w kolejce ma reagować jak czterdziestolatek po kursie zarządzania stresem? Czy kilkulatek, który dopiero uczy się rozpoznawać swoje emocje, ma już perfekcyjnie je kontrolować, bo komuś przeszkadza jego płacz? Bez podstawowej wiedzy o rozwoju człowieka łatwo o niesprawiedliwe oceny.

Trzeba liczyć się z tym, że ta zmiana podejścia nie zacznie działać w dobę czy nawet miesiąc. Są jednak potrzebne małe kroki: rozmowy, uświadamianie innych, ale też edukacja w szkołach. Warto byłoby też zadbać o obecność tematu rozwoju dziecka w debacie publicznej, jeśli chcemy jakoś zastopować ogromny niż demograficzny.

Jeśli jako społeczeństwo zrozumiemy, że głośne dziecko to nie atak na nasz spokój, lecz naturalny etap jego rozwoju, łatwiej będzie nam budować przestrzeń, w której jest miejsce zarówno dla dorosłych, jak i dla najmłodszych.