nauczycielka z dziećmi w przedszkolu bawi się na podłodze
Rodzice mają żal do nauczycieli przedszkolnych z powodu braku wsparcia w wychowaniu. fot. RDNE Stock project/Pexels

Przedszkola są otwarte od 6:00 do 16:00, a część dzieci spędza w nich niemal cały dzień. Coraz więcej rodziców słyszy od nauczycielek gorzkie komentarze: "Po co mieć dzieci, jeśli nie ma się dla nich czasu?". Dorośli nie kryją oburzenia. W listach do redakcji piszą wprost: bez wsparcia dziadków i elastycznej pracy przedszkole nie jest wyborem, lecz koniecznością – a ocenianie ich sytuacji tylko pogłębia podziały.

REKLAMA

Rodzice źli na nauczycieli za krytyczną ocenę

Na Mama:Du opublikowaliśmy ostatnio artykuł o nauczycielkach oburzonych tym, że dzieci spędzają w przedszkolu całe dnie. W tekście "Przedszkola są pełne dzieci od 6:00 do 16:00. Nie macie czasu, nie miejcie dzieci" pokazaliśmy, że dla wielu pracujących rodziców to konieczność, nie wybór.

Cytowaliśmy pedagog, która żałowała dzieci przebywających tak długo w placówce, a w komentarzach padły jeszcze ostrzejsze słowa pod adresem rodziców.

Zwróciliśmy jednak uwagę, że sytuacja rzadko jest zero-jedynkowa – nie każdy ma wsparcie bliskich, część osób samotnie wychowuje dzieci, inni mierzą się z trudną sytuacją zawodową.

Po publikacji otrzymaliśmy wiele maili od czytelniczek. Część rodziców nie kryje złości, że są tak łatwo szufladkowani i oceniani.

"Należy podkreślić, że jednak nasz czas pracy to 8 godzin dziennie plus dojazd i powrót. Nauczyciel w przedszkolu pracuje ok. 22 godziny w tygodniu – to może niech się nie wypowiada. A że dzieci jest coraz mniej to właśnie dlatego, że pracujemy bardzo dużo - jak już prace znajdziemy. [...] Wyjechać z domu trzeba o 5:00 rano, a powrót jest po 17:00. W dobrych warunkach. To błędne koło. Jednak takie są realia i jeszcze trzeba wysłuchiwać, że panie w przedszkolu przez nas musiały zostać do końca czasu pracy, bo przez nasze dzieci nie mogły się zerwać wcześniej do domu" – napisała w mailu pani Ewa.

Inna czytelniczka dodała:

"[...] Jeśli będziemy patrzeć takimi oczami jak nauczycielki, to nie będzie niedługo żadnych dzieci. Bo jak utrzymać rodzinę i jak pracować jednocześnie? W tej chwili problemem jest właśnie to, że przedszkola są za krótko otwarte. Czy rodzice mają się teleportować?".

Opinią podzieliła się też ze mną redakcyjna koleżanka, Justyna:

"Choć czasy przedszkolne moich dzieci dawno już za nami, temat zostawiania dziecka do późnych godzin popołudniowych wciąż wywołuje we mnie silne emocje. Kiedy mój starszy syn chodził do przedszkola, pracowałam na pełen etat w godzinach 9:00-17:00, a dojazd zajmował mi około półtorej godziny w każdą stronę. Mąż pracował wtedy zmianowo. [...] nie było fizycznie możliwe, by codziennie odbierać syna 'na czas'.
Z ogromnym żalem słuchałam w szatni rozmów innych mam, które mówiły, że zabierają dzieci 'po obiadku', bo 'to już za długo, żeby tak siedziały cały dzień'. Pamiętam, że próbowałam sama siebie uspokajać. Przecież nic złego się nie dzieje. Ma opiekę, bawi się, nie jest głodny. A jednak niemal codziennie towarzyszyło mi poczucie winy i rozczarowanie sobą, że nie udaje nam się odebrać go wcześniej, przed innymi dziećmi".

Nie zawsze mamy wybór, czyli o rodzicach złych na siebie

Są też rodzice, którzy nie czują złości wobec nauczycieli komentujących w ten sposób ich decyzje, ale odczuwają ogromne wyrzuty sumienia, że to właśnie oni są tymi matkami i ojcami, których krytykują wspomnani pedagodzy. Często są to osoby, które po prostu nie mają innego wyboru.

Przyznaję, że sama jestem takim rodzicem. Razem z mężem wychowujemy dwójkę dzieci i nie mamy codziennej pomocy ze strony rodziny.

Oczywiście moi rodzice pomagają nam w opiece – w sytuacjach wyjątkowych zaprowadzają i odbierają moich synów z przedszkola i szkoły, bo mieszkamy w tym samym mieście. Oboje jednak pracują zawodowo, więc nie mogę i nie chcę angażować ich w "drugi etat" bycia dziadkami po godzinach swojej pracy zawodowej.

Zwykle odbieramy dzieci około 15:00-16:00. Mąż pracuje zmianowo i kiedy kończy po 14:00, od razu po pracy może odebrać dzieci z przedszkola i szkolnej świetlicy. Gdy ma drugą zmianę, to ja muszę organizować wszystko inaczej. Tu zdaję sobie sprawę, że mam łatwiej, bo pracuję zdalnie i czasami w czasie przerwy na obiad – zamiast jeść – korzystam z możliwości odebrania dzieci z placówek.

To i tak rodzi we mnie wyrzuty sumienia, bo w grupach moich synów jest wielu rodziców niepracujących lub wspieranych przez dziadków. Efekt jest taki, że moje dzieci należą do ostatnich odbieranych, a ja zmagam się z poczuciem winy.

O podobnych doświadczeniach napisała do mnie pani Patrycja, mama bliźniaków:

"[...] wprawdzie moje doświadczenia z przedszkolem moich synów to już zamierzchłe czasy, ale wyrzuty sumienia niestety pozostały na lata. [...] Mieszczę się 'podwójnie' w opisanych przez Panią sytuacjach: pracująca, samodzielna (nie lubię określenia samotna) i wreszcie podwójna, bo mama bliźniaków (z całym bagażem wcześniactwa, chorobami, badaniami i rehabilitacjami). [...] Wciąż pamiętam 1,5-godzinne dojazdy do pracy i najgorsze – powroty, 'z językiem na brodzie' i dzikim stresem, żeby moje dzieci nie były odbierane ostatnie".

O stanowisko w tej sprawie postanowiłam zapytać nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej, Kingę Korgul, pracującą w jednej z warszawskich szkół podstawowych, która jest także mamą niespełna dwuletniego dziecka.

– Jako pracująca mama, nauczycielka, ale również osoba prowadząca działalność gospodarczą niezwiązaną z edukacją, w zupełności rozumiem to, że rodzice zostawiają dzieci na cały dzień w szkole/przedszkolu/żłobku. Właściwie to mam wrażenie, że po to te placówki działają. Sama zaprowadzam syna na 7:10 do żłobka (zaczynam pracę o 7:30) i odbieram go o 15:30, bądź o 16:00. Nie jesteśmy w stanie przeskoczyć pracy oraz dojazdu do niej.
Po pracy biegnę z wywieszonym językiem aby jak najszybciej odebrać dziecko i spędzić z nim czas. Nie traktuję placówki oświatowej jak przechowalni, a raczej pomoc w wychowaniu dzieci. Nauczyciele jak ja pracują (siedząc w szkole) po 5h dziennie, reszta godzin to praca własna w domu. Nie każdy zawód ma takie przywileje. Ja to doceniam – wyjaśnia.

Rodzice często po prostu nie mają wyjścia – stąd te długie godziny przebywania dzieci w placówkach. Nauczyciele w dużej mierze to rozumieją. Żyjemy w czasach, gdy coraz mniej rodzin może liczyć na codzienne wsparcie bliskich, dlatego to rodzice sami organizują opiekę nad dziećmi.

Faktem jest, że matki i ojcowie pracujący na 8-godzinnych etatach często muszą jeszcze dojechać do miejsca pracy i wrócić do domu. – W dużych miastach takich jak np. Warszawa rodzice są sami, zdani na siebie. Muszą pracować, by utrzymać dom. Nie mają wsparcia bliskich. Wtedy tym wsparciem jest przedszkole i szkoła – zauważa pani Kinga.

Niektórzy opiekunowie zasłużyli na krytyczne komentarze

Jako nauczycielka pracująca z 6-latkami w zerówce, pani Kinga zaznacza:

Kiedy drażni mnie, gdy dzieci siedzą długo? Jedynie w sytuacji, gdy wiem że rodzic nie pracuje, jest w domu, a dziecko cały dzień jest w przedszkolu. Oczywiście nauczyciele robią wszystko, by zapewnić dzieciom dobry czas. Jednak jest to czas przebodźcowany, dzieje się często za dużo. Później w domu dziecko musi to odreagować.

Kinga Korgul

Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej

I dodaje:

– Myślę, że nauczycieli pracujących w przedszkolu mogą irytować sytuacje, w których niepracujące mamy zostawiają dziecko na całe dni w placówce, a same potrafią stać pod nią kilka godzin i plotkować. To trochę gryzie w oczy... Bo wiadomo dziecko w grupie rozwija się dużo lepiej. Jednak ten czas z bliskimi jest równie ważny. Wszędzie powinna być równowaga. A jeśli rodzice pracują należy ich wspierać w rozwoju dziecka, a nie ich linczować – podkreśla pedagożka.

Ta dyskusja pokazuje jedno: za każdymi długimi godzinami, które dziecko spędza w przedszkolu stoi indywidualna sytuacja rodzinna, jej możliwości, ograniczenia i codzienne wybory. Łatwo jest oceniać z boku – znacznie trudniej spróbować zrozumieć, że nie każdy ma wsparcie dziadków, elastyczną pracę czy komfort finansowy pozwalający zrezygnować z etatu.

Zamiast przeciwstawiać sobie rodziców i nauczycieli, warto szukać wspólnej perspektywy – bo po obu stronach są dorośli, którym zależy na dobru dzieci. A tam, gdzie pojawia się wzajemne zrozumienie, jest też miejsce na realne wsparcie, a nie na poczucie winy i wzajemne pretensje.

Gdyby nauczyciele przestali krytykować rodziców i postarali się ich zrozumieć, ich współpraca w wielu sytuacjach byłaby bardziej owocna, a to przełożyłoby się na pozytywny rozwój dzieci, nie sądzicie?