
Przedszkola są otwarte od 6:00 do 16:00, a część dzieci spędza w nich niemal cały dzień. Coraz więcej rodziców słyszy od nauczycielek gorzkie komentarze: "Po co mieć dzieci, jeśli nie ma się dla nich czasu?". Dorośli nie kryją oburzenia. W listach do redakcji piszą wprost: bez wsparcia dziadków i elastycznej pracy przedszkole nie jest wyborem, lecz koniecznością – a ocenianie ich sytuacji tylko pogłębia podziały.
Rodzice źli na nauczycieli za krytyczną ocenę
Na Mama:Du opublikowaliśmy ostatnio artykuł o nauczycielkach oburzonych tym, że dzieci spędzają w przedszkolu całe dnie. W tekście "Przedszkola są pełne dzieci od 6:00 do 16:00. Nie macie czasu, nie miejcie dzieci" pokazaliśmy, że dla wielu pracujących rodziców to konieczność, nie wybór.
Cytowaliśmy pedagog, która żałowała dzieci przebywających tak długo w placówce, a w komentarzach padły jeszcze ostrzejsze słowa pod adresem rodziców.
Zwróciliśmy jednak uwagę, że sytuacja rzadko jest zero-jedynkowa – nie każdy ma wsparcie bliskich, część osób samotnie wychowuje dzieci, inni mierzą się z trudną sytuacją zawodową.
Po publikacji otrzymaliśmy wiele maili od czytelniczek. Część rodziców nie kryje złości, że są tak łatwo szufladkowani i oceniani.
Inna czytelniczka dodała:
Opinią podzieliła się też ze mną redakcyjna koleżanka, Justyna:
Nie zawsze mamy wybór, czyli o rodzicach złych na siebie
Są też rodzice, którzy nie czują złości wobec nauczycieli komentujących w ten sposób ich decyzje, ale odczuwają ogromne wyrzuty sumienia, że to właśnie oni są tymi matkami i ojcami, których krytykują wspomnani pedagodzy. Często są to osoby, które po prostu nie mają innego wyboru.
Przyznaję, że sama jestem takim rodzicem. Razem z mężem wychowujemy dwójkę dzieci i nie mamy codziennej pomocy ze strony rodziny.
Oczywiście moi rodzice pomagają nam w opiece – w sytuacjach wyjątkowych zaprowadzają i odbierają moich synów z przedszkola i szkoły, bo mieszkamy w tym samym mieście. Oboje jednak pracują zawodowo, więc nie mogę i nie chcę angażować ich w "drugi etat" bycia dziadkami po godzinach swojej pracy zawodowej.
Zwykle odbieramy dzieci około 15:00-16:00. Mąż pracuje zmianowo i kiedy kończy po 14:00, od razu po pracy może odebrać dzieci z przedszkola i szkolnej świetlicy. Gdy ma drugą zmianę, to ja muszę organizować wszystko inaczej. Tu zdaję sobie sprawę, że mam łatwiej, bo pracuję zdalnie i czasami w czasie przerwy na obiad – zamiast jeść – korzystam z możliwości odebrania dzieci z placówek.
To i tak rodzi we mnie wyrzuty sumienia, bo w grupach moich synów jest wielu rodziców niepracujących lub wspieranych przez dziadków. Efekt jest taki, że moje dzieci należą do ostatnich odbieranych, a ja zmagam się z poczuciem winy.
O podobnych doświadczeniach napisała do mnie pani Patrycja, mama bliźniaków:
O stanowisko w tej sprawie postanowiłam zapytać nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej, Kingę Korgul, pracującą w jednej z warszawskich szkół podstawowych, która jest także mamą niespełna dwuletniego dziecka.
Rodzice często po prostu nie mają wyjścia – stąd te długie godziny przebywania dzieci w placówkach. Nauczyciele w dużej mierze to rozumieją. Żyjemy w czasach, gdy coraz mniej rodzin może liczyć na codzienne wsparcie bliskich, dlatego to rodzice sami organizują opiekę nad dziećmi.
Faktem jest, że matki i ojcowie pracujący na 8-godzinnych etatach często muszą jeszcze dojechać do miejsca pracy i wrócić do domu. – W dużych miastach takich jak np. Warszawa rodzice są sami, zdani na siebie. Muszą pracować, by utrzymać dom. Nie mają wsparcia bliskich. Wtedy tym wsparciem jest przedszkole i szkoła – zauważa pani Kinga.
Zobacz także
Niektórzy opiekunowie zasłużyli na krytyczne komentarze
Jako nauczycielka pracująca z 6-latkami w zerówce, pani Kinga zaznacza:
Kinga Korgul
Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej
I dodaje:
– Myślę, że nauczycieli pracujących w przedszkolu mogą irytować sytuacje, w których niepracujące mamy zostawiają dziecko na całe dni w placówce, a same potrafią stać pod nią kilka godzin i plotkować. To trochę gryzie w oczy... Bo wiadomo dziecko w grupie rozwija się dużo lepiej. Jednak ten czas z bliskimi jest równie ważny. Wszędzie powinna być równowaga. A jeśli rodzice pracują należy ich wspierać w rozwoju dziecka, a nie ich linczować – podkreśla pedagożka.
Ta dyskusja pokazuje jedno: za każdymi długimi godzinami, które dziecko spędza w przedszkolu stoi indywidualna sytuacja rodzinna, jej możliwości, ograniczenia i codzienne wybory. Łatwo jest oceniać z boku – znacznie trudniej spróbować zrozumieć, że nie każdy ma wsparcie dziadków, elastyczną pracę czy komfort finansowy pozwalający zrezygnować z etatu.
Zamiast przeciwstawiać sobie rodziców i nauczycieli, warto szukać wspólnej perspektywy – bo po obu stronach są dorośli, którym zależy na dobru dzieci. A tam, gdzie pojawia się wzajemne zrozumienie, jest też miejsce na realne wsparcie, a nie na poczucie winy i wzajemne pretensje.
Gdyby nauczyciele przestali krytykować rodziców i postarali się ich zrozumieć, ich współpraca w wielu sytuacjach byłaby bardziej owocna, a to przełożyłoby się na pozytywny rozwój dzieci, nie sądzicie?
