
Dlaczego dzieci z matką zachowują się najgorzej, choć w przedszkolu są aniołami? Wiele mam przeżywa ten sam szok po przekroczeniu progu domu. Jako mama po rozmowach z psychologami postaram się wam opowiedzieć, z czego wynika to zachowanie i dlaczego to wcale nie oznacza wychowawczej porażki.
Dzieci z matką zachowują się najgorzej
W przedszkolu panie nie mogą się nachwalić mojego syna. Mówią, że jest grzeczny, uśmiechnięty, współpracuje z innymi dziećmi, a czasem wręcz błyszczy podczas nauki literek i czytania, bo sporo się nauczył od starszego brata.
Wracamy do domu i często nie poznaję własnego dziecka. Zupełnie jakby w przedszkolu było kimś innym niż to, które odbija się od ścian w moim salonie, krzyczy, tupie nogami i testuje każdą granicę cierpliwości.
Kiedyś byłam o to zła. Frustrowałam się i wściekałam, że w domu moje dzieci zamieniają się w małe diabliki. Zastanawiałam się, dlaczego nie może być taki sam jak w przedszkolu, a nawet taki, jaki jest, gdy zostaje na nocowance u dziadków. Ale z czasem zrozumiałam coś bardzo ważnego: w bezpiecznym otoczeniu, przy rodzicach, dzieci po prostu odbijają sobie emocje całego dnia.
To naturalne, że w domu pokazują wszystkie te uczucia, których nie mogły pokazać w przedszkolu – radość, zmęczenie, ekscytację, frustrację. To normalne i zdrowe i bardzo potrzebne w regulacji emocjonalnej.
Zaczęłam zmieniać swoje podejście. Zamiast walczyć, stałam się opiekunem emocji moich synów. Po prostu byłam obok kiedy wpadali do domu rozwrzeszczeni. Zamiast reagować na każdą wybuchową emocję, pytałam: "Chcesz się przytulić?" – i prawie zawsze chcieli. I wiecie co? To działa nie tylko na nich. Bliskość, fizyczna i emocjonalna, koi nie tylko dziecko, ale i mnie. W tym natłoku ich uczuć czuję się lżej, kiedy to małe ciałko się do mnie przytuli.
Zobacz także
Stałam się "bezpieczną przystanią" moich dzieci
Z czasem przestałam w ogóle wściekać się, gdy po powrocie do domu moje dzieci biegają po całym domu z krzykiem, a czasem rozsypują klocki, jakby testowali prawa grawitacji w salonie. Zamiast walczyć z chaosem, obserwuję, wspieram, daję przestrzeń na emocje. I nie, nie daję sobie wejść na głowę, bo kiedy przeginają, stawiam im granicę i mówię "dość".
Kiedy jednak daję im odreagować, pojawia się magia: zaczynam cieszyć się tym chaosem, bo wiem, że moje dzieci przy mnie mogą być sobą w pełni, bez stania w kącie i bycia cicho jak trusia.
To nie jest łatwe. Czasem myślę o tym, jak miło byłoby, gdyby dzieci były "grzeczne" cały czas, jak w przedszkolu. Zawsze myślę sobie o tym, że taki spokój i ład być może mają mamy dziewczynek. Ale potem przypominam sobie, że prawdziwe życie dziecka to nie idealne zachowania i perfekcjonizm. To emocje, wybuchy, radość, zmęczenie i wszystkie drobne katastrofy codzienności.
Moja rola to być obok, przytulać, pytać, słuchać. Nie naprawiać, nie oceniać, tylko towarzyszyć. I wiecie co? Dzięki temu powroty do domu po przedszkolu, szkole czy nawet nocowankach u dziadków przestały być momentem frustracji. Stały się chwilą, kiedy mogę zobaczyć ich prawdziwe "ja", czasem totalnie dzikie, czasem przestraszone, czasem rozbawione do łez.
To te chwile pokazują, że jestem nie tylko rodzicem, ale także opiekunem ich emocji. A świadomość, że przy mnie mogą być sobą, daje mi spokój i... trochę radości w tym codziennym chaosie.
