
"Weź trochę wyluzuj, pozwól im" – słyszę, gdy jako mama stawiam dzieciom granice. Teściowa uważa, że babcia wnukom pozwoliłaby na więcej, ale ja wiem, że wychowanie to odpowiedzialność, nie konkurs popularności. Opowiem wam szczerze o konflikcie pokoleń, granicach i o tym, dlaczego rodzice mają prawo wychowywać po swojemu.
Babcia wnukom pozwoliłaby na wszystko
Jest takie zdanie, które z ust teściowej słyszę regularnie i pewnie wiele innych matek ma podobnie. "Weź trochę wyluzuj, pozwól im". Zwykle wtedy, gdy czegoś moim dzieciom zabraniam – kolejnej bajki, telefonu przy stole albo deseru przed obiadem. Albo nie pozwalam zjeść "kilograma" czekolady na raz, bo wiem, że skończy się to wymiotami. I choć wypowiadane jest tonem lekkim, niemal żartobliwym, to w mojej głowie uruchamia cały panel dyskusyjny.
Bo wiecie, ja żyję z człowiekiem, którego wychowała właśnie ona.
I zanim ktoś mnie posądzi o brak wdzięczności – lubię moją teściową. Uważam ją za ciepłą, troskliwą babcię. Zabawną, która pozwala na samodzielność i daje wnukom bawić się w swoim ogródku, który jest jej oczkiem w głowie. Dzieci ją uwielbiają, a ona potrafi z nimi budować relację bez telefonu w ręce i bez pośpiechu. To ogromna wartość, naprawdę.
Ale kiedy wchodzi w moje rodzicielskie kompetencje, zapala mi się lampka kontrolna.
Może dlatego, że pamiętam, jak poznałam mojego męża w liceum. Gdyby nie fakt, że naprawdę mieliśmy świetny "przelot" to pewnie nic by z tego nie było. Do dziś wypominam mu fakt, że jak miał 16 lat to mama ścieliła mu łóżko. I nie widziała w tym nic dziwnego. Ja widziałam.
Dziś mój mąż jest zaangażowanym ojcem. Gotuje, ogarnia dzieci, pamięta o zebraniach, wie, jaki rozmiar buta nosi jeden syn i co drugi ma zadane z matematyki. I nie – to nie tylko moja zasługa. Dorósł, dojrzał, wziął odpowiedzialność. Ale gdy słyszę, że 'kiedyś dzieci miały więcej swobody" i że "ona by pozwoliła", mam ochotę odpowiedzieć: właśnie dlatego dziś robimy to inaczej.
Zobacz także
Dajcie rodzicom wychowywać po swojemu
Bo czasy się zmieniły, świat jest inny. My mamy inne narzędzia, inną wiedzę, inne wyzwania niż mieli nasi rodzice. Nie mówię, że oni kiedyś celowo robili źle, bo najczęściej jest tak, że starali się najbardziej jak mogli na dany moment. Dziś jednak wychowujemy dzieci w rzeczywistości ekranów, presji rówieśniczej i nieustannego przebodźcowania. Granice nie są wymysłem nadgorliwej matki – są ratunkiem dla małych układów nerwowych.
Mam też wrażenie, że wiele babć – zwłaszcza mam chłopców – ma w sobie szczególną czułość wobec synów. Wiem, powiecie, ze to stereotyp, który jest szkodliwy. Wydaje mi się jednak, że w każdym stereotypie jest jakieś ziarno prawdy. Gdy syn jest dla mamy cały światem, a potem pojawia się synowa, trudno jest pewnie odpuścić rolę tej, która "wie najlepiej". To ludzkie, tyle że niekoniecznie pomocne.
Bo babcia nie powinna być kolejnym rodzicem, który jeszcze stoi w opozycji do prawdziwych mamy i taty. Babcia jest od budowania relacji, od wspólnego pieczenia ciastek, od opowieści o tym, jak tata był mały. Od czułości i dawania wnukom czasu. Nie od korygowania zasad ustalonych przez rodziców.
Sama mam dwóch synów i już dziś obiecuję sobie jedno: jeśli kiedyś stanę się teściową, będę gryzła się w język. Nawet jeśli pomyślę, że „ja bym zrobiła inaczej”. Bo to, że kogoś wychowaliśmy, nie daje nam dożywotniego tytułu eksperta od wszystkich dzieci świata.
Szanuję doświadczenie starszego pokolenia, naprawdę. Ale odpowiedzialność za wychowanie moich dzieci biorę na siebie. Kiedy zdecydowałam się na bycie rodzicem, wzięłam za to odpowiedzialność. Z całym pakietem błędów, wątpliwości i nieprzespanych nocy.
A jeśli czasem czegoś im nie pozwalam – to nie dlatego, że jestem surowa. Tylko dlatego, że próbuję wychować odpowiedzialnych, samodzielnych ludzi. Takich, którzy kiedyś sami będą ścielić swoje łóżka. Bez komentarza nadmiernie troskliwej teściowej z boku.
