dzieci bawią się przy domu na śniegu
Dzieci w domu poza miastem mają możliwość zabawy na swoim podwórku. fot. Pressmaster Production Studio/storyblocks.com

Coraz więcej rodzin z dziećmi wyprowadza się z dużych miast. W rozmowach powtarza się ten sam powód: zmęczenie pośpiechem, hałasem i przebodźcowaniem. Rodzice szukają spokoju, natury i lepszego balansu między pracą a życiem rodzinnym.

REKLAMA

Życie w duzym mieście to więcej możliwości

Może żyję w bańce i otaczam się ludźmi podobnymi do siebie, pewnie większość z nas tak ma. Ale od kilku lat, chyba mniej więcej tak jak wybuchła pandemia COVID-19 w każdej rozmowie ze znajomymi, którzy mają dzieci słyszę to samo: "Mamy dość". Własciwie nie tylko od tych, którzy mają dzieci. Wszyscy mamy dość hałasu, korków, pośpiechu, wiecznego nadrabiania spraw. Mamy dość scrollowania, przebodźcowania i dość życia w trybie "szybciej, więcej, lepiej".

Jeszcze kilka lat temu duże miasto było synonimem możliwości. W moim pokoleniu wszyscy po maturze wyprowadzali się z rodzinnych domów i miejscowości i podbijali duże miasta, gdzie studiowali i pracowali. Lepsze szkoły, praca, rozwój.

Sama mieszkałam w Warszawie przez lata i długo wydawało mi się, że to najlepsze miejsce do życia. Wszystko pod ręką, wybór ogromny możliwości także dla dzieci, można kalendarz wypełnić po brzegi i znaleźć najlepszych specjalistów. Tylko że wraz z tym "wszystkim" przyszło coś jeszcze – przebodźcowanie.

W dużym mieście dzieci po całym dniu w przedszkolu czy szkole wracają często zmęczone nie tylko nauką, ale hałasem, światłem, tempem. Trzeba też pamiętać, ze ciągle siedzą z nosami w smartfonach, więc bodźce, które docierają do ich mózgu to naprawdę sporo za dużo. My, dorośli, dokładamy im kolejne aktywności. Angielski, basen, logopeda, robotyka. Wszystko dobrej wierze, bo chcemy inwestować w ich rozwój i dać możliwości, których sami nie mamy. Tyle że w takiej konfiguracji rozwój często wiąże się z brakiem spokoju.

W rozmowach z innymi rodzicami powtarza się jeden motyw: chcemy wolniej. Chcemy, żeby dzieci miały podwórko zamiast galerii handlowej. Drzewo zamiast ekranu. Ciszę zamiast ciągłego szumu. Coraz częściej słyszę o "powrocie do natury", o ograniczaniu technologii, o rezygnacji z części zajęć. Pary z dziećmi mówią wprost: zmieniliśmy priorytety. Nie mówię, że każdy tak ma, mówię, że obserwuję to w swojej "bańce".

Nie chodzi tylko o ceny mieszkań czy kredyty. Chodzi o jakość życia: o to, że nowoczesność, która miała nam ułatwiać funkcjonowanie, zaczęła nas przytłaczać. Powiadomienia na smartfonach wyskakujące co kilka sekund, korki, presja zawodowa, presja i pośpiech.

30-latkowie marzą o ciszy i spokoju

W dużym mieście wszystko jest intensywniejsze, a wielu moich znajomych mówi wprost, że jest w wieku, kiedy ten spokój, wyciszenie i bliskość natury są dla nich coraz ważniejsze. Nie mówimy tu o emerytach, którzy potrzebują odpoczynku, tylko o 30-latkach, którzy mają rodziny, dzieci i są czynni zawodowo.

Też się wyprowadziłam. Z perspektywy czasu wiem, że moje powody były bardziej pragmatyczne. Chciałam być bliżej rodziny, mieć możliwość zadzwonienia do babci, kiedy jedno dziecko ma gorączkę, a drugie trzeba odebrać z zajęć. Chciałam wsparcia, które w dużym mieście trzeba kupować – opiekunką, dodatkowymi godzinami pracy, logistyką.

Dopiero po przeprowadzce zobaczyłam coś więcej. Wolniejsze popołudnia, spontaniczne wyjście do ogrodu. Dzieci, które potrafią się nudzić – z tej nudy rodzą się najlepsze pomysły. Jakiś czas temu żartowałam sobie z trendu na judytowanie, czyli wyprowadzkę z miasta na wieś, gdzie można cieszyć się naturą i wolniejszym trybem życia.

Dziś już widzę, że to nie żart, tylko faktycznie obecnym 30- i 40-latkom potrzeba zwolnienia w tym pędzie życia. Mniej ekranów, więcej rozmów. Mniej powtarzania, że coś "musimy", więcej przyzwalania sobie na "możemy".

Czy mniejsze miasto rozwiązuje wszystkie problemy? Oczywiście, że nie: też są obowiązki, praca, stres. Ale zyjemy w XXI wieku, mamy pracę zdalną, samochody, jeśli trzeba dojechać do dużego miasta, technologie. A przy tym jest przestrzeń na zwolnienie w życiu i głębszy oddech.

Czasem zastanawiam się, czy to tylko chwilowa moda. Czy za kilka lat nie zatęsknimy znów za tempem i możliwościami metropolii. A może to nie moda, tylko sygnał, że jako rodzice wreszcie zauważamy, że ciągły pęd nam nie służy. Że dzieci nie potrzebują perfekcyjnie zaplanowanego grafiku, tylko naszej uważności. Że rozwój to nie tylko kolejne zajęcia, ale też czas na bycie razem.