
Zakaz technologii w szkołach i pomysł ograniczenia mediów społecznościowych do 15. roku życia, rozpaliły emocje. W internetowej dyskusji szybko wskazano winnych. Rodziców, którzy "dają w domu dzieciom smartfony". Ale jak zakaz ekranów ma się do przedszkoli, w których dzieci nie mają własnych telefonów? Już wyjaśniam.
Ekrany w przedszkolu? Społeczna reakcja była natychmiastowa
Propozycja MEN dotycząca zakazu korzystania z technologii w przedszkolach wywołała w mediach społecznościowych gorącą debatę. Pod postami w sieci pojawiły się setki komentarzy, w których część osób, w tym także nauczyciele, przerzucała odpowiedzialność wyłącznie na rodziców.
"Problem z ekranami to jest problem wyniesiony z domu, nie przenośmy tego do przedszkola i szkoły", "Problem jest z rodzicami, którzy dają dziecku smartfon do ręki", "W domu dzieci non stop siedzą w telefonie i w laptopie, a ja nie będę mogła włączyć filmiku edukacyjnego" – to tylko fragmenty tej dyskusji. Tyle że takie myślenie upraszcza problem do granic absurdu.
Warto od razu doprecyzować, o jakich "ekranach" w ogóle mowa. Nie chodzi o tu bowiem smartfony przynoszone przez dzieci, bo tych w przedszkolach po prostu nie ma. Zapowiadany przez MEN zakaz dotyczyłby korzystania z tabletów, telewizorów, projektorów czy tablic interaktywnych, czyli narzędzi, które dziś w wielu placówkach wykorzystywane są do celów edukacyjnych.
Co to oznacza w praktyce? To, że w odpowiedzi na rosnące uzależnienie dzieci od ekranów w ogóle, pojawił się pomysł ich całkowitego wyeliminowania, a to już uderza w codzienną pracę nauczycielek, które straciłyby jedno z dostępnych narzędzi dydaktycznych.
Odporność cyfrowa to nie "prywatna sprawa rodziny"
Dziecko funkcjonuje jednocześnie w domu, w przedszkolu, w szkole i w przestrzeni społecznej. Dlatego budowanie odporności cyfrowej nie może kończyć się na progu mieszkania. Placówki edukacyjne mają ogromny wpływ na normy, jakie dzieci uznają za "normalne".
Właśnie dlatego propozycja MEN, o ile zostanie mądrze wdrożona, ma sens. Może realnie ograniczyć negatywne skutki wczesnego kontaktu z ekranami i pomóc dzieciom uczyć się świata offline, zanim wejdą w cyfrowy.
Granice są potrzebne. Także te ustawowe
Drugą propozycją jest obywatelski projekt ograniczający dostęp do mediów społecznościowych do 15. roku życia. To rozwiązanie, które zamiast przerzucać całą odpowiedzialność na rodziców, wyznacza jasną granicę systemową.
Dziś wciąż istnieje społeczne przyzwolenie na to, by małe dzieci korzystały ze smartfonów. Tymczasem zalecenia WHO są jednoznaczne: dzieci do 2. roku życia nie powinny mieć kontaktu z ekranami w ogóle, a w wieku 2–5 lat czas ekranowy nie powinien przekraczać godziny dziennie.
Umowa medialna zamiast wojny szkoła–rodzice
Rozwiązaniem nie jest szukanie winnych, tylko budowanie porozumienia. Jednym z ciekawszych przykładów jest tzw. umowa medialna, czyli dobrowolny kontrakt między rodzicami w klasie lub szkole.
O takim rozwiązaniu opowiadał Michał Płaza, członek Dzielnicowej Komisji Edukacji w Krakowie i rodzic. Umowa zakłada m.in., że dzieci nie zakładają kont w mediach społecznościowych przed 13. rokiem życia. Nawet jeśli nie wszyscy rodzice się na to zdecydują, dziecko traci argument: "Mamo, bo wszyscy w klasie mają".
Problem ekranów nie jest ani tylko "z domu", ani tylko "ze szkoły". To wyzwanie cywilizacyjne, z którym musimy się zmierzyć wspólnie, bez zawstydzania i przerzucania winy.
Bo jeśli nie zaczniemy stawiać mądrych granic teraz, za kilka lat obudzimy się z problemem, którego nie da się już cofnąć.
O komentarz w tej sprawie poprosiłam Anetę Andronik, nauczycielkę Niepublicznego Przedszkola nr 7 "Wesołe Nutki" w Białymstoku:
Mamadu.pl: Czy w Państwa przedszkolu w ogóle korzystacie z ekranów?
Aneta Andronik: Korzystamy generalnie tylko z tablic interaktywnych i wyłącznie w celach edukacyjnych, na przykład do powtarzania nauki języka angielskiego. Dziecko może przy nich spróbować dotknąć, przeciągnąć odpowiedź i sprawdzić, czy zrobiło dobrze.
Ogólnie jesteśmy przeciwnikami tabletów i telefonów – tablet używany jest tylko podczas zajęć z robotyki. Raczej jesteśmy tradycyjni, wolimy czytanie książek. Jako nieliczni, codziennie przez około pół godziny czytamy dzieciom baśnie, żeby mogły pobudzać wyobraźnię.
Mamadu.pl: Czy z Pani doświadczenia widać różnice między dziećmi, które mają częsty kontakt z ekranami w domu, a tymi, które korzystają z nich rzadko lub wcale?
A.A.: Tak, jest bardzo wielka przepaść. Dzieci, które na co dzień korzystają z tabletu, komputera czy telefonu, są znudzone i trudno jest je czymkolwiek zainteresować.
Mają bardzo ubogą wyobraźnię i praca z nimi jest trudna. Natomiast dzieci, które korzystają z takich urządzeń sporadycznie, są zaciekawione czymś nowym, więc zajęcia są dla nich bardzo atrakcyjne. Oczywiście technologia jest potrzebna w naszym życiu, ale w pewnym wieku uważam, że przedszkolaki nie powinny jeszcze korzystać z tabletu.
Mamadu.pl: Czy zapowiadany przez MEN zakaz ekranów w przedszkolach postrzega Pani bardziej jako realne wsparcie dla dzieci i nauczycieli, czy jako decyzję oderwaną od codziennej pracy w placówce?
A.A.: To dość trudny temat, bo uważam, że taka reforma powinna zacząć się od rodzica, od domu – od pierwszego środowiska, w którym dziecko już w wieku sześciu miesięcy ma podany przed nos ekran telefonu czy tabletu. W naszej sytuacji taki zakaz za dużo by nie zmienił.
Źródło: strefaedukacji.pl
