rodzice w łóżku z dzieckiem
Spanie z dzieckiem nie musi być problemem, ale może psuć relację z partnerem. fot. WeAre/storyblocks.com

Pięciolatka znów przyszła w nocy do łóżka rodziców i już z niego nie wyszła. Mama śpi z dzieckiem, tata coraz częściej na kanapie, a w sypialni narasta zmęczenie i poczucie porażki. Czy wspólne spanie to jeszcze bliskość, czy już problem w związku?

REKLAMA

5-latka rządzi sypialnią rodziców

Ostatnio znajoma powiedziała mi, że jej 5-letnia córeczka wciąż przychodzi w nocy do jej łóżka. "Śpię więc z dzieckiem, zamiast z mężem" – powiedziała i w jej głosie usłyszałam więcej bezsilności niż złości. Tu nie chodzi o to, że jej córka jest rozpuszczona i rodzice dali sobie wejść na głowę. To raczej historia o zmęczonej mamie, bolących ją plecach i małżeńskim łóżku, które stało się łóżkiem rodzinnym.

Jej starszy syn odkąd skończył trzy lata, śpi jak kamień. Zasypia w swoim pokoju, budzi się rano – koniec historii. Koleżanka zawsze na babskich spotkaniach z pewnym wstydem mówiła, że nigdy nie miała problemów z nocnym wstawaniem do niego. Później urodziła drugie dziecko i młodsza córka jest zupełnie inna.

Od początku bardziej wymagająca, wrażliwa, potrzebująca bliskości. Teraz ma pięć lat i niemal każdej nocy scenariusz wygląda podobnie: woła mamę po koszmarze, po wizycie w toalecie albo po prostu przychodzi cichutko i wsuwa się pod kołdrę. Zasypia wtulona w mamę bez dalszego kręcenia się. W całej sytuacji najmniej zadowoleni są jej rodzice.

Para zainwestowała w duże, wygodne łóżko – specjalnie z powodu jej problemów z plecami. Miało być komfortowo, zdrowo, wreszcie nie na kanapie w salonie. Tymczasem znajoma ostatnio mi powiedziała, że śpi przyklejona do brzegu, z małą nogą wciśniętą w żebra i ręką pod szyją, plecy bolą tak samo jak wcześniej.

Przyznała, że dla świętego spokoju mąż przenosi się na kanapę. "I wtedy czuję się, jakbym przegrała" – mówiła. "Jakbym nie umiała ochronić naszej sypialni i wybierała dziecko zamiast męża, a to przecież nie tak". Słuchałam jej i naprawdę ją rozumiałam.

Spanie z dziecmi może dać w kość

Moje dzieci mają osiem i sześć lat, a też przychodzą. Nie każdej nocy, ale wystarczająco często, bym wiedziała, o czym mówi. Tyle że ja nie mam bólu pleców. Mój mąż nie wyprowadził się z sypialni. A ja – przyznaję się bez bicia – nie stawiam aż tak sztywnych granic, bo nie zawsze jestem w macierzyństwie konsekwentna. Myślę sobie, że moje dzieci po prostu jeszcze te bliskości potrzebują. Jeszcze ich świat w nocy bywa za duży i za ciemny.

Wiem, że kiedyś przestaną. Przyjdzie moment, gdy drzwi ich pokoju będą zamknięte, a ja nie będę już nikomu potrzebna o drugiej nad ranem. I prawdopodobnie zatęsknię za tym ciepłym, małym ciężarem pod kołdrą, a nawet za łokciem wsadzonym mi pod żebra w środku nocy.

Ale jednocześnie wiem też, że łatwo mi tak mówić, bo fizycznie nic mi nie dolega, a moje małżeństwo nie odczuwa tego aż tak dotkliwie. Gdyby każda noc kończyła się bólem kręgosłupa, a partner regularnie lądował na kanapie – też czułabym frustrację. Też miałabym poczucie, że coś wymyka się spod kontroli.

Dlatego nie powiem jej: "Ciesz się z tego, że jeszcze chce się przytulać, bo kiedyś przestanie". To wcale przecież nie jest takie proste.

Bliskość dziecka jest dla rodzica ważna, ale relacja partnerów też powinna być istotna. Jeśli parze to nie przeszkadza – naprawdę nie ma powodu, by robić z tego problem. Są rodziny, w których wspólne spanie nikomu nie przeszkadza, a dzieci przed 8. Urodzinami zazwyczaj przestają do rodziców przychodzić w nocy.

Jeśli jednak pojawia się zmęczenie, ból, żal czy oddalenie – warto o tym rozmawiać. Najpierw między sobą, a potem z dzieckiem. Bywa pewnie i tak, że trzeba czasem sięgnąć po pomoc np. trenerki snu czy psychologa dziecięcego.

Pięciolatek to nie niemowlę, można z nim już wypracować jakiś system. Można ustalić plan: najpierw zasypianie u siebie, potem odprowadzanie po nocnej wizycie, może materac obok łóżka jako etap przejściowy. Stopniowo i konsekwentnie.

To nie jest porażka wychowawcza. To nie jest porażka małżeńska. To jest jeden z wielu etapów rodzicielstwa – czasem rozczulający, czasem wyczerpujący. I myślę, że warto na koniec powiedzieć, że naprawdę można jednocześnie kochać te nocne przytulasy i mieć ich serdecznie dość.