
Wyjazdy zimowe z dziećmi często są dalekie od rodzinnej sielanki znanej z reklam czy broszur zimowych kurortów. Zamiast odpoczynku pojawia się zmęczenie, frustracja i presja, by ferie wykorzystać jak najlepiej. Mama dwójki małych dzieci pisze szczerze, dlaczego zimowe wyjazdy potrafią bardziej męczyć niż regenerować.
Wyjazdy zimowe z dziećmi bywają męczące
Zima w teorii brzmi pięknie. Śnieg, sanki, gorąca czekolada po spacerze i rodzinne zdjęcia w puchowych kurtkach na stoku. W praktyce – odkąd jestem mamą dwójki dzieci w wieku przedszkolnym i na początku szkoły (6- i 8-latek) – zimowe wyjazdy coraz częściej kojarzą mi się z frustracją, zmęczeniem i pytaniem: po co nam to było?
Nie wszyscy rodzice kochają ferie i to jest w porządku. O tym rzadko się mówi, bo przecież "dzieci muszą wyjechać", "trzeba im zapewnić atrakcje", "ferie w domu to strata czasu".
Mamy ambicje, by pokazać dzieciom góry zimą albo nauczyć je jazdy na nartach, bo my sami nie zawsze mieliśmy takie możliwości, będąc dziećmi. Coraz częściej jednak myślę, że to mit. Bo zimowy wyjazd z małymi dziećmi zwykle ma niewiele wspólnego z odpoczynkiem. To zmiana miejsca, w którym jesteśmy zmęczeni.
Pakowanie zaczyna się kilka dni wcześniej i już wtedy bywamy wykończeni. Buty na zmianę, kombinezony, rękawiczki (po trzy pary, bo zawsze giną), leki, przekąski na czas podróży. Potem długa droga w samochodzie. W mojej głowie plan jest całkiem prosty: będziemy słuchali audiobooków, dzieciaki biorą sobie zabawki, może część drogi prześpią i jakoś to zleci.
W rzeczywistości: płacz, kłótnie, "mamo, daleko jeszcze?", "nudzi mi się", "on mnie dotknął". Co pięć minut to samo pytanie o to, kiedy będziemy, a ja czuję, jak napięcie rośnie szybciej niż kilometry na liczniku.
Perspektywa odpoczynku w górach szybko niknie
Zwykle wiążemy nadzieje z tym, że po dojeździe będzie lepiej i spokojniej. Będą spacery, sanki, narty i stok, wspólne odkrywanie okolicy. Tymczasem po piętnastu minutach marszu słyszę jęki o bolących nogach. Jedno dziecko jest głodne, drugie marudne, trzecie (czyli ja) marzy tylko o ciszy. Moje dzieci są żywiołowe, wszędzie ich pełno, ale jednocześnie szybko się męczą, łatwo przebodźcowują i zamiast radości pojawia się frustracja. Zarówno ich, jak i moja.
Po kilku latach prób, zrozumiałam jedno: nie da się ambitnie zaplanować zimowego wyjazdu z małymi dziećmi. Dopiero w tym roku myślę, że może mogliby wreszcie być spokojniejsi i lepiej wykorzystać czas ferii w górach.
Do tej pory, kiedy byli przedszkolakami, każdy plan dnia rozsypywał się przy pierwszym odczuciu zmęczenia albo histerii z powodu mokrej skarpetki. A im bardziej chcemy, żeby było idealnie, tym większe rozczarowanie, gdy znów kończy się na płaczu i nerwach.
Dlatego coraz częściej wybieram odpuszczanie. Zamiast dalekich wyjazdów – spokój we własnym domu. Zamiast presji atrakcji – proste przyjemności na miejscu. Marzę o nartach i jeżdżeniu razem z moją rodziną, ale powiem szczerze, że wydaje mi się, że to plan dopiero na za rok lub dwa.
Teraz robimy krótkie spacery, ostatnio byliśmy na wspaniałym kuligu po okolicy (z prawdziwym konnym zaprzęgiem!), organizujemy dzień w piżamie, z kakao i bajką. I wiecie co? Dzieci wcale nie są mniej szczęśliwe, a ja w końcu mogę naprawdę odpocząć.
Jeśli więc jesteś rodzicem, który nie czuje entuzjazmu na myśl o zimowych wyjazdach – rozumiem cię. Jeśli marzysz o feriach bez walizek, korków i jęczenia na tylnym siedzeniu – to normalne. Czasem największym luksusem nie jest wyjazd w góry, tylko spokój. I masz prawo go wybrać.
