
Pierwsze własne pieniądze syna poszły w całości na paczkę kart do gry, których po tygodniu nie mógł znaleźć. Ugryzłem się w język, choć miałem ochotę wygłosić wykład o oszczędzaniu. Bo właśnie po to dajemy mu kieszonkowe — żeby uczył się na drobnych błędach, póki są jeszcze drobne.
Kiedy zacząć rozmawiać z dzieckiem o pieniądzach?
Wydawało mi się, że na pieniądze przyjdzie czas w liceum. Myliłem się. Z materiałów amerykańskiego urzędu ochrony konsumentów (CFPB) wynika, że podstawowe nawyki i przekonania o pieniądzach kształtują się już w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, a nie dopiero u nastolatka. Innymi słowy, ośmiolatek to nie za wcześnie — to akurat dobry moment, żeby zacząć.
Jak u nas działa kieszonkowe?
U nas zasada jest prosta: syn dostaje niewielką, ale stałą kwotę co tydzień, bez podpinania jej pod oceny czy sprzątanie pokoju. Ile dokładnie — to osobny dylemat, bo ile kieszonkowego dla dziecka zależy od wieku i domowego budżetu. Dla mnie ważniejsze od kwoty jest to, że są to jego pieniądze, nie moje.
I tu zaczyna się najtrudniejsza część dla rodzica: pozwolić mu je wydać po swojemu. Kiedy czytam, co dzieci robią z kieszonkowym, poznaję w tym własnego syna — kupuje impulsywnie, czasem żałuje, czasem jest dumny z oszczędzenia na coś większego. To właśnie na tych decyzjach się uczy.
Czego chcę go nauczyć?
Przede wszystkim tego, że zarządzanie pieniędzmi to umiejętność, a nie wrodzony talent. Dużo dorosłych nigdy jej nie opanowało i po cichu finansowymi analfabetami pozostaje do końca życia. Nie chcę, żeby mój syn uczył się tego dopiero na pierwszym kredycie.
W praktyce wygląda to u nas mało efektownie. Dzielimy kieszonkowe na trzy części: na bieżące wydatki, na odkładanie i na drobny prezent dla kogoś. Uczymy się też czekania na coś droższego i porównywania cen, zamiast kupowania pierwszej rzeczy z półki. Nuda — ale właśnie z takich nawyków robi się później zdrowy stosunek do pieniędzy.
Gdzie jest granica?
Łatwo w edukacji finansowej przesadzić. Trafiłem na historię rodzica, który pobiera czynsz od dziecka „dla nauki" — i w moim odczuciu to już nie lekcja, tylko przerzucanie na dziecko dorosłych zmartwień. Kieszonkowe ma uczyć, a nie karać czy straszyć.
Mój cel jest dalej: chcę, żeby za kilka lat potrafił sam rozplanować pieniądze, których w szkole raczej nikt go nie nauczy. Dobre nawyki dziś to pierwszy krok do niezależności finansowej wtedy, gdy stawka będzie już znacznie wyższa niż paczka kart.
Co z tego wynika dla mnie jako taty?
Najtrudniejsza prawda jest taka, że najwięcej uczy nie kieszonkowe, tylko ja sam. Syn widzi, czy w sklepie liczę, czy kupuję pod wpływem chwili, czy mówię „nie stać nas" bez wstydu. Mogę mu dać najlepszy system trzech słoików, ale i tak będzie kopiował to, co robię z własnym portfelem. Więc tak naprawdę, dając mu kieszonkowe, trochę wychowuję też siebie.