
Nie znam rodzica, który nie marzyłby o tym, żeby choć przez jeden dzień nie potykać się o klocki, samochodziki i porozrzucane ubrania. Sama przestałam walczyć z bałaganem na okrągło, kiedy zrozumiałam, że problemem nie są wcale dziecięce zabawki, ale brak prostego systemu, którego trzymają się wszyscy domownicy. W naszym domu działa jedna zasada – każda rzecz ma swój adres, a odkładanie jej na miejsce oszczędza nam mnóstwo czasu, nerwów i niepotrzebnych awantur.
Każda rzecz ma swój adres i tego się trzymamy
W domu, w którym są dzieci, porządek nie zrobi się sam. Można sprzątać rano, po południu i wieczorem, a i tak wystarczy kwadrans zabawy, żeby salon wyglądał jakby przeszedł tamtędy tajfun i trzęsienie ziemi. Przez lata macierzyństwa doszłam jednak do wniosku, że kluczem do utrzymania względnego porządku nie jest ciągłe chodzenie za dziećmi z koszem ani powtarzanie "Posprzątaj wreszcie zabawki z dywanu". Jest jeden prosty trik, który naprawdę ułatwia nam życie: każda rzecz w domu musi mieć swoje stałe miejsce.
Moja zasada jest prosta – jeśli coś nie ma swojego miejsca w domu, prędzej czy później wyląduje tam, gdzie akurat jest wolna przestrzeń. Na kuchennym stole, komodzie w przedpokoju, szafce w sypialni albo w jakimś przypadkowym koszyku, który z czasem staje się przechowalnią wszystkiego.
Dlatego staram się, żeby każda rzecz miała swój konkretny adres. Klocki wracają do pudełka z klockami, samochody do pojemnika na samochody, książki na półkę, a ubrania do szafy. Nie odkładamy ich na chwilę na stół z myślą, że później się tym zajmiemy. Bo dobrze wiem, jak często takie "na chwilę" zamienia się w kilka dni, a potem na koniec tygodnia nagle okazuje się, że z każdej strony w domu otacza mnie bałagan.
Co ważne, ta zasada dotyczy wszystkich domowników, nie tylko dzieci. Nie mogę oczekiwać od synów, że będą odkładać swoje rzeczy na miejsce, jeśli sama zostawiam kubek na szafce, dokumenty na stole, a bluzę na oparciu krzesła.
Nie każę sprzątać wszystkiego na raz
Druga sprawa to sposób, w jaki zachęcam dzieci do sprzątania. Nie sprawdza się u nas ogólne polecenie: "Idź i posprzątaj pokój". Dla dziecka taki komunikat oznacza często ogromną, mało konkretną pracę. Zamiast tego wolę rozdzielić ją na mniejsze zadania i widzę, że dzieciom takie konkrety pasują.
Najpierw zbieramy klocki, później samochody, a na końcu książki i inne drobiazgi. Czasem umawiamy się, że każdy sprząta swoją część pokoju. Dzięki temu dzieci wiedzą, od czego zacząć.
Nie robię też z porządków kary. Przecież dzieci mają prawo wyciągnąć zabawki, budować wielkie konstrukcje i wymyślać sobie zabawy (nawet z tego podwójnie się cieszę, bo ćwiczą kreatywność). Chodzi o to, żeby po skończonej zabawie wiedziały, że rzeczy wracają na swoje miejsce.
Zobacz także
Nie twórzmy domowych składowisk
Mam jeszcze jedną zasadę, która bardzo ułatwia mi życie: nie pozwalam, żeby w domu powstawały przypadkowe miejsca odkładania rzeczy. Wszyscy mamy taką jedną szufladę wstydu – w kuchni czy też salonie – w której jest wszystko i niech to się do tego jednego miejsca ograniczy. Koszyk na komodzie, do którego wszyscy wrzucają wszystko, może wydawać się świetnym rozwiązaniem, ale często tylko przesuwa problem w inne miejsce. Po kilku dniach trzeba przecież i tak przejrzeć jego zawartość.
Wolę mniej rzeczy na wierzchu i konkretne miejsca do przechowywania. Jeśli coś nie mieści się w szafce czy pudełku, zastanawiamy się, czy naprawdę jest nam potrzebne. Dziecięce pokoje nie muszą być wypełnione zabawkami od podłogi po sufit. Im mniej przedmiotów, tym łatwiej nad nimi zapanować.
Nie chodzi mi o to, żeby w domu z dziećmi wszystko błyszczało, poduszki zawsze leżały idealnie równo, a z podłogi dało się jeść. Sama wiem, że to nierealne. Chcę po prostu, żebyśmy nie musieli każdego dnia zaczynać porządków od zera. Kiedy każda rzecz ma swoje miejsce i po zabawie właśnie tam wraca i kiedy stosują ją wszyscy domownicy, naprawdę widać w domu różnicę.




