
Jesienią przedszkolna szatnia zamienia się w poczekalnię do przychodni, a niektórzy rodzice zdają się nie widzieć w tym nic złego. Rozumiem katar, sezonowe infekcje i trudności z organizacją opieki nad chorym dzieckiem, ale jest granica, której nie powinniśmy przekraczać. Bo kiedy do przedszkola trafia maluch z gorączką i kaszlem, cierpi nie tylko cała grupa, ale przede wszystkim on sam.
Katar to nie to samo co choroba
Kto ma dziecko w przedszkolu, ten jesienią, a szczególnie w październiku i listopadzie, w cyrku się nie śmieje. W szatni słychać kaszel, dzieci wycierają nosy, a rodzice wymieniają się informacjami o kolejnych infekcjach, w międzyczasie słodkim głosem pytając dzieci "co to za kaszelek?".
Rozumiem, że jesienią trudno całkowicie uniknąć kataru i że nie każde pociąganie nosem oznacza konieczność zostania w domu. Coraz częściej mam jednak wrażenie, że niektórzy rodzice zupełnie przestali widzieć granicę między zwykłym przeziębieniem a chorobą, z którą dziecko nie powinno nawet przekraczać progu przedszkola.
Jestem mamą przedszkolaka i dobrze wiem, jak wygląda jesień w placówce. Wystarczy kilka chłodniejszych dni, żeby połowa grupy zaczęła pociągać nosem. Nie zamierzam udawać, że każde dziecko z katarem powinno zostać w domu. Sama nie panikuję, kiedy mój syn ma lekki katar, ale poza tym czuje się dobrze, ma energię do zabawy i normalnie funkcjonuje.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy do przedszkola trafiają dzieci, które ewidentnie są chore. Takie, których kaszel słychać już z daleka w szatni i które wyglądają, jakby nadal odbywały walkę z grypą. Zdarzają się maluchy z gorączką, szklanymi oczami, bez siły i ochoty na jakąkolwiek aktywność. Trudno patrzeć na dziecko, które ledwo trzyma się na nogach, a mimo to ma przed sobą jeszcze kilka godzin w placówce.
Nie rozumiem, o czym właściwie myślą rodzice, którzy przyprowadzają w takim stanie swoje dzieci. Czy naprawdę uważają, że to nic takiego? Przecież przedszkolak nie przychodzi tam po to, żeby odsiedzieć osiem godzin. Ma się bawić, uczyć, wychodzić na dwór, uczestniczyć w zajęciach i funkcjonować w grupie. Chore dziecko nie tylko nie ma na to siły, ale przede wszystkim zwyczajnie się męczy.
Praca jest ważna, ale dziecko nie powinno za nią płacić
Wiem, że sytuacja rodziców bywa skomplikowana. Nie każdy może po prostu wziąć L4 i zostać z dzieckiem w domu. Nie wszyscy pracują na etacie, nie każdy ma możliwość pracy zdalnej, a niektórzy naprawdę mają w pracy zobowiązania, których nie da się łatwo przełożyć. Rozumiem to i nie zamierzam nikogo oceniać za sam fakt, że musi pogodzić rodzicielstwo z zawodowymi obowiązkami.
Mam jednak wrażenie, że czasami praca staje się wygodnym usprawiedliwieniem dla wszystkiego. Zawsze znajdzie się ważny projekt, prezentacja, spotkanie z klientem albo termin, którego nie można przesunąć. Tylko że choroby dziecka nie da się zaplanować pod kalendarz służbowy. Nigdy nie będzie idealnego momentu na infekcję, bo życie zawodowe nie zatrzymuje się tylko dlatego, że za oknem zrobiło się zimno.
Właśnie dlatego trzeba czasami zmienić priorytety. Zdrowie dziecka powinno być ważniejsze niż kolejny dzień w biurze czy dopięcie projektu na ostatni guzik. Być może lepiej poświęcić kilka dni, zostać z maluchem w domu i pozwolić mu porządnie wyzdrowieć, niż wysyłać go do przedszkola w kiepskim stanie, a po kilku dniach znowu walczyć z kolejną infekcją. Niedoleczone choroby potrafią ciągnąć się tygodniami, a dziecko zamiast wrócić do pełni sił, raz po raz przechodzi przez to samo.
Zobacz także
Przedszkole to wspólna odpowiedzialność
Najbardziej irytuje mnie jednak to, że niektórzy rodzice patrzą wyłącznie na własną sytuację. Ważne, żeby ich dziecko poszło do przedszkola, oni zdążyli do pracy i wszystko odbyło się zgodnie z planem. A że przy okazji zarazi się kilkoro innych dzieci? Że ktoś kolejny będzie musiał brać zwolnienie albo kombinować w trudnej sytuacji, co zrobić z dzieckiem z gorączką? Że wychowawczynie spędzą dzień z grupą kaszlących i osłabionych maluchów? To już jakby przestaje mieć znaczenie.
Tymczasem przedszkole jest miejscem, w którym wszyscy jesteśmy od siebie zależni. Jedna nieodpowiedzialna decyzja może oznaczać kolejne dni choroby dla kilku rodzin. Rodzice, którzy zostawiają chore dzieci w domu, robią to przecież nie tylko dla własnych pociech, ale także z myślą o pozostałych.
Nie oczekuję, że przedszkola będą sterylne, a żadne dziecko nie kichnie ani nie zakaszle. Wiem, że jesienią to nierealne. Oczekuję jednak odrobiny rozsądku i empatii. Zanim kolejny raz zaprowadzimy do szatni malucha z gorączką i kaszlem, zastanówmy się, czy naprawdę robimy to dla jego dobra.




