Puste szkolne ławki przed tablicą w klasie
Diana / Pexels

Przez rok wszystkie szkolne sprawy syna przechodziły przez żonę. Wystarczyło jedno zebranie, żebym zrozumiał, ile mnie omijało. Badania też mówią, że zaangażowanie ojca w szkołę ma znaczenie.

REKLAMA

Przez pierwszy rok szkoły syna sprawa była prosta. Wiadomość o zebraniu przychodziła do nas obojga, ale na zebranie szła żona, a ja zostawałem z młodszą i słuchałem potem streszczenia w trzech zdaniach. Wychodziłem z założenia, że skoro wszystko i tak jest w dzienniku elektronicznym, to moja obecność niczego nie zmieni. W tym roku żona miała dyżur w pracy i pierwszy raz od dawna usiadłem w ławce, która była na mnie zdecydowanie za mała.

Co zobaczyłem na pierwszym zebraniu?

Po pierwsze: ojców było trzech. Na ponad dwadzieścioro dzieci. Po drugie: w ciągu godziny dowiedziałem się o synu więcej niż przez miesiąc z dziennika. Że w szkole jest dużo spokojniejszy niż w domu, że świetnie liczy w pamięci, a gorzej mu idzie, gdy trzeba coś napisać ładnie i od linijki. Że ma kolegę, o którym w domu nie wspomina ani słowem, a z którym podobno są nierozłączni. Wychowawczyni opowiadała też o nowych zasadach zadawania prac domowych, o których wcześniej słyszałem tylko piąte przez dziesiąte, choć nowe zasady prac domowych dotyczą przecież także mojego dziecka.

Wiem, że zdania o tym, czy na zebrania w ogóle warto chodzić, są podzielone, a część rodziców uważa je za stratę czasu. Ten spór dobrze pokazuje tekst o tym, czy zebrania w szkole są obowiązkowe. Ja po jednym wieczorze mam wrażenie, że nie chodziło o samo zebranie, tylko o to, że do tej pory całą szkolną wiedzę o synu miała jedna osoba w naszym domu.

Czy to, że ojciec interesuje się szkołą, ma znaczenie?

Z ciekawości sprawdziłem, co mówią na ten temat badania. Amerykański badacz William Jeynes przeanalizował 66 badań dotyczących zaangażowania ojców w edukację dzieci w miejskich szkołach. Jak opisał w „Urban Education”, zaangażowanie ojców wiązało się z lepszymi wynikami szkolnymi dzieci, choć efekt był umiarkowany. Z kolei metaanaliza współtworzona przez Nancy Hill z Uniwersytetu Harvarda, opublikowana w „Journal of Educational Psychology” pokazała, że zaangażowanie ojców ma dla wyników dzieci podobne znaczenie jak zaangażowanie matek.

Trzeba przy tym uczciwie dodać, że to badania pokazujące związek, a nie dowód, że moja obecność na wywiadówce podniesie synowi oceny. Rodziny, w których oboje rodzice interesują się szkołą, różnią się od innych pod wieloma względami. Dla mnie wniosek jest jednak prostszy niż statystyka: syn widzi, że szkoła to sprawa nas obojga, a nie tylko mamy.

Co się zmieniło po tym wieczorze?

Po pierwsze, przestałem traktować szkołę jako „działkę żony”. To trochę jak z obowiązkami domowymi: ojciec to nie gość, który czasem pomaga, tylko pełnoprawny rodzic, o czym dobrze przypomina tekst „Nie, mój mąż nie pomaga przy dziecku. Jest ojcem, nie gościem”. Teraz to ja odpisuję wychowawczyni na wiadomości w dzienniku i to ja pilnuję, żeby w środę był strój na WF.

Po drugie, rozmowy z synem przy kolacji zrobiły się konkretniejsze. Zamiast „jak było w szkole?” i nieśmiertelnego „dobrze” pytam o tego kolegę, o liczenie, o to, z czego się dziś śmiali. Odpowiedzi są dłuższe, a czasem nawet zabawne.

Po trzecie, poznałem dwóch innych ojców z klasy. Po zebraniu postaliśmy chwilę pod szkołą i umówiliśmy się na mecz w sobotę. Pisałem niedawno o tym, że kumple zniknęli mi z kalendarza po narodzinach dzieci. Może szkolne korytarze to wcale nie najgorsze miejsce, żeby ich odzyskać.

A co z rodzicami, którzy szkole tylko przeszkadzają?

Nie zamierzam zostać ojcem, który na każdym zebraniu kłóci się o oceny z kartkówek. Wiem, że nauczyciele mają z tym realny problem, a w MEN mówi się otwarcie, że niektórzy rodzice bywają zmorą szkoły. Zaangażowanie to dla mnie coś innego: wiedzieć, co się dzieje z dzieckiem, i być po tej samej stronie co wychowawczyni.

Na następnym zebraniu będziemy chyba we dwoje, a czterolatkę przypilnuje babcia. A jeśli znowu tylko jedno z nas da radę, to tym razem nie musi to być żona.