
We wrześniu zauważyłam coś, co początkowo wydawało mi się zupełnie niewinne. Mój syn wracał ze szkoły i pierwsze, co robił, to włączał konsolę albo telewizor. Chciał odpocząć po lekcjach, trochę się rozerwać, i trudno było mieć mu to za złe. Problem w tym, że ekran zaczął wypełniać całe jego popołudnie. Zanim zdążyłam się obejrzeć, nie było już miejsca na nic innego.
Ekran miał być odpoczynkiem, a stał się codziennym rytuałem
We wrześniu w klasie syna nie było jeszcze prac domowych, więc po powrocie ze szkoły syn miał sporo wolnego czasu – dopóki ja nie skończyłam pracy, a on nie miał zajęć dodatkowych. Nie chciałam, żeby każdą chwilę wypełniała mu nauka czy kolejne obowiązki. Przecież po kilku godzinach w szkolnej ławce dziecko też potrzebuje odetchnąć. Tyle że u nas ten odpoczynek w którymś momencie zaczął automatycznie oznaczać wyłącznie konsolę albo telewizor.
Najpierw nie widziałam w tym nic niepokojącego. Przecież dzieci też chcą się pobawić, obejrzeć coś zabawnego, pograć. Z czasem jednak dotarło do mnie, że mój syn właściwie nie ma już pomysłu na spędzanie czasu poza ekranem. Nie sięgał już do ulubionych klocków, planszówek, nie chciał też rysować czy wycinać, co zawsze lubił. Najchętniej po prostu siedziałby przed telewizorem lub grał, a każde wyłączenie przeze mnie ekranu kończyło się awanturą.
Kiedy po godzinie prosiłam o wyłączenie konsoli, zaczynały się negocjacje, marudzenie i złość. Im bardziej próbowałam przekonać syna, że czas już skończyć, tym większy opór napotykałam.
Poczułam pewnego rodzaju przerażenie. Dlatego, że ekran zaczął być odpowiedzią na każdą wolną chwilę u mojego dziecka. Na szczęście dość szybko to zauważyłam i postanowiłam zmienić nasz popołudniowy rytm.
Nie zabieram ekranu. Daję dziecku coś pomiędzy
Wiem, że nie każdy rodzic może obserwować dziecko zaraz po powrocie ze szkoły. Coraz mniej osób pracuje zdalnie i większość rodziców dopiero wieczorem dowiaduje się, ile czasu syn lub córka spędzili przed telewizorem czy komputerem. Nie chodzi też o to, żeby obwiniać rodziców. Ekran bywa wygodnym rozwiązaniem, szczególnie kiedy wszyscy jesteśmy zmęczeni i brakuje nam sił na organizowanie dzieciom czasu.
Zamiast więc kolejny raz powtarzać, że trzeba wyłączyć konsolę, postanowiłam przyjrzeć się temu, czego syn tak naprawdę potrzebuje po szkole. Przecież niekoniecznie kolejnej aktywności, która wymaga skupienia, nie chciałam go też od razu po powrocie gonić do książek, żeby nie zniechęcić do nauki. Po intensywnym dniu wśród rówieśników i hałasu dziecko może po prostu potrzebować chwili, w której nikt niczego od niego nie chce.
Dlatego wprowadziłam jedną zasadę: po powrocie ze szkoły najpierw jest czas na swobodny odpoczynek bez ekranu, a dopiero później ustalony moment na granie lub telewizję.
Zobacz także
Mój sposób: popołudniowy kwadrans bez planu
Nie proponuję, żeby od progu sadzać dziecko nad książką, wysyłać je na trening albo organizować mu kreatywne warsztaty. Chodzi o coś znacznie prostszego. Po powrocie do domu syn może zjeść, przebrać się, poleżeć na kanapie, posłuchać audiobooka albo po prostu porobić coś w swoim pokoju. Przez pierwsze 30 minut nie włączamy telewizora ani konsoli. Nie ma jednak przymusu, żeby w tym czasie robić coś pożytecznego.
To ważne, bo dziecko nie musi zastępować jednej aktywności drugą. Czasem potrzebuje zwyczajnie ponudzić się przez chwilę, zanim wpadnie na pomysł, co chce robić. Dopiero potem proponuję coś konkretnego: budowanie z klocków, wyjście na rower albo zabawę na podwórku. Nie wymyślam pięciu atrakcji i nie oczekuję, że syn z entuzjazmem rzuci się do każdej z nich. Daję mu wybór, ale nie podsuwam od razu pilota.
Jeśli później przychodzi czas na konsolę, ustalamy wcześniej, kiedy kończymy. W przypadku gier dobrze sprawdza się umówienie konkretnego momentu zakończenia, na przykład po jednej planszy rozgrywki, o ile da się ją sensownie dokończyć. Sam limit warto dopasować do wieku dziecka, rodzaju gry i pozostałych obowiązków.
Nie twierdzę, że dzięki temu zniknęły wszystkie protesty. Zmiana nawyku wymaga czasu, a dziecko nie zawsze przyjmie nowe zasady z uśmiechem. Jednak łatwiej mi wprowadzać granice, kiedy nie sprowadzają się one wyłącznie do odbierania czegoś przyjemnego. Syn dostaje przestrzeń na odpoczynek, a ekran przestaje być pierwszą i jedyną propozycją na popołudnie.




