chłopiec ćwiczy samodzielność na leśnej wędrówce
Samodzielność dziecka trzeba budować powoli małymi krokami np. powrotami ze szkoły. fot. cottonbro studio/Pexels

Najtrudniejsze w wychowywaniu samodzielnego dziecka jest chyba to, że trzeba nauczyć się żyć z własnym strachem. Mój ośmioletni syn od niedawna czasami sam wraca ze szkoły, a choć dla niego kilka ulic do domu to powód do dumy i poczucia, że jest już naprawdę duży, dla mnie każdy taki powrót oznacza walkę między rozsądkiem a wyobraźnią. Wystarczyło jednak jedno zdanie teściowej, żebym pomyślała, że jestem złą matką.

REKLAMA

Trudna decyzja o samodzielności

Mój syn ma osiem lat i od niedawna czasami sam wraca ze szkoły. Dla niego to kilka ulic, dobrze znana trasa i ogromny powód do dumy. Dla mnie to było doświadczenie, w którym z jednej strony myślałam o tym, że muszę mu na tę samodzielność pozwolić, a z drugiej miałam serce w gardle ze strachu o niego.

Mieszkamy w niedużym mieście, a droga ze szkoły do domu jest prosta. Syn zna ją bardzo dobrze, a po lekcjach czasami wraca kawałek z kolegą, więc czuje się raźniej. Ma też smartwatch z funkcją lokalizacji, więc wiem, gdzie jest i w każdej chwili możemy się zdzwonić. Czasami zresztą nie pokonuje całej trasy sam. Kiedy odprowadzam młodszego syna do przedszkola, starszy idzie z nami część drogi. To nie jest więc żadna rewolucja. Raczej kolejny krok w stronę samodzielności.

Ale ten mały krok kosztował mnie całkiem sporo nerwów. Bo jako rodzic bardzo łatwo jest pomylić troskę z ciągłym wyręczaniem i pilnowaniem. Człowiek chce chronić dziecko przed wszystkim, co możliwe, ale przecież nie może przez całe życie chodzić za nim jak jego cień. W pewnym momencie trzeba zacząć pozwalać mu na odpowiedzialność. Najpierw samodzielne pakowanie plecaka, potem inne szkolne zobowiązania, a w końcu także bezpieczne przejście kilku ulic.

Pierwszy samodzielny powrót był dla mnie trudniejszy niż dla niego. Zastanawiałam się, czy nie przesadzam, czy to na pewno dobry moment i czy nie robię czegoś dla niego krzywdzącego tylko dlatego, że bardzo chcę wychować samodzielne dziecko. Kiedy jednak zobaczyłam go wracającego do domu z miną człowieka, który właśnie zdobył Everest, poczułam coś jeszcze. Zobaczyłam, jak bardzo potrzebował tego doświadczenia. Duma z tego, że poradził sobie sam, była ogromna.

Oczywiście nie przestałam się bać. Matka nie dostaje przecież wraz z pierwszym samodzielnym powrotem dziecka magicznego guzika "wyłącz lęk". Nadal wiem, że na drodze nie wystarczy być ostrożnym. Można znać przepisy, prawidłowo pokonywać przejście dla pieszych i znać zasady bezpieczeństwa, a mimo to nie mamy żadnej kontroli nad tym, co zrobi drugi człowiek np. jadąc autem.

Teściowa jednym zdaniem doprowadziła do matczynych wyrzutów sumienia

I właśnie tego argumentu użyła ostatnio moja teściowa. Kiedy dowiedziała się, że syn czasami sam wraca ze szkoły, bardzo się tym przejęła. Jej zdaniem samo to, że on jest rozważny, nie oznacza przecież, że rozważni są wszyscy inni uczestnicy ruchu. Na mieście może wydarzyć się coś niebezpiecznego, a dziecko nie jest w stanie przewidzieć każdej sytuacji.

I to wystarczyło. Jedno zdanie spowodowało, że przez chwilę poczułam się jak najgorsza matka świata. Nagle zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście nie przesadziłam. Czy osiem lat to nie za wcześnie. Czy moja potrzeba wychowania samodzielnego dziecka nie wygrała przypadkiem ze zdrowym rozsądkiem. Czy nie jestem jedną z tych matek, które myślą, że skoro ich dziecko jest rozsądne, to świat również będzie się zachowywał rozsądnie.

Najgorsze w rodzicielstwie jest chyba właśnie to, że można podjąć przemyślaną decyzję, a potem usłyszeć jedno zdanie i natychmiast zacząć ją podważać.

Bo przecież ryzyko istnieje zawsze. Wypadek może wydarzyć się podczas samodzielnego powrotu ze szkoły, ale może też wydarzyć się wtedy, kiedy dziecko idzie z rodzicem. Nie oznacza to oczywiście, że mamy ignorować zagrożenia. Mamy uczyć dzieci zasad bezpieczeństwa, obserwować ich gotowość, wybierać sytuacje adekwatne do wieku i stopniowo zwiększać zakres ich samodzielności.

Nie ma jednej granicy, która pasowałaby do każdego dziecka. Jedno ośmioletnie dziecko świetnie poradzi sobie z prostą trasą, inne będzie potrzebowało jeszcze czasu. Jedno miasto jest spokojniejsze i ma bezpieczną infrastrukturę, inne wymaga znacznie większej ostrożności.

Nadal mam wątpliwości. Pewnie jeszcze nie raz będę patrzeć na zegarek i zastanawiać się, czy syn już powinien być w domu. Ale wiem jedno: jeśli będę chciała ochronić go przed absolutnie każdym ryzykiem, mogę przypadkiem odebrać mu coś równie ważnego jak bezpieczeństwo. Możliwość przekonania się, że potrafi poradzić sobie sam.