
Kiedy mój syn zapomina czegoś do szkoły, nigdy mu tego nie dowożę. Choć jako matce trudno mi patrzeć, jak dziecko ponosi konsekwencje własnego niedopatrzenia, wiem, że nie mogę zawsze go wyręczać. Samodzielność i odpowiedzialność trzeba ćwiczyć od najmłodszych lat, a w chwilach słabości .
Nie jestem wyrodną matką
Pewnie dla części rodziców zabrzmi to okrutnie, ale jeśli moje dziecko rano wyjdzie do szkoły i dopiero po pierwszej lekcji zorientuje się, że zapomniało zeszytu, nie wsiadam w samochód i nie jadę mu go dowieźć. Nawet jeśli mam taką możliwość. Nawet jeśli wiem, gdzie leży. Nawet jeśli wiem, że wystarczyłoby kilkanaście minut i problem byłby rozwiązany.
Nie dlatego, że chcę, żeby dziecku było źle. Nie dlatego, że uważam, że każdy błąd musi boleć. Po prostu uważam, że jeżeli uczeń jest już na tyle duży, żeby sam pamiętał o swoich szkolnych obowiązkach, powinien też mieć możliwość przekonać się, co się dzieje, kiedy o nich zapomina.
To jest jedna z tych rzeczy, których jako rodzice uczymy się chyba najtrudniej. Możemy pomóc, więc naturalnie chcemy pomóc. Możemy oszczędzić dziecku stresu, więc często to robimy. Widzimy, że czegoś zapomniało, zgubiło albo nie przygotowało i odruchowo szukamy rozwiązania.
Jako matka wyjątkowo często stopuję się w takich nagłych sytuacjach, żeby od razu nie lecieć do moich synów z pomocą i ratunkiem. To trudne, myślę sobie czasami, że jestem wyrodną matką, bo nie dowiozłam czegoś niezbędnego mu do rozwoju.
Ale boję się, że nagle za kilka lat zdam sobie sprawę, że przecież to nie ja jestem odpowiedzialna za pilnowanie całego szkolnego życia mojego syna. Po pierwsze nie chcę tak żyć, by być na każde zawołanie dziecka, bo to może uwiązać na lata. Po drugie, uważam, że moje panowanie nad takimi odruchami to inwestycja w przyszłość syna, jego samodzielność i odpowiedzialność. Nie chcę, żeby moje dziecko przyzwyczaiło się do tego, że zawsze ktoś je uratuje.
Zobacz także
To nauka tego, jak poradzić sobie w życiu z gorszymi przeszkodami
Jeżeli rano nie spakował zeszytu, to niech tego dnia poradzi sobie z tym, że go nie ma. Być może nauczyciel zwróci uwagę albo dostanie złą ocenę, trudno. Być może będzie musiał pożyczyć kartki od kolegi. Być może po prostu przekona się, że bez zeszytu lekcja jest dużo mniej wygodna. I naprawdę nic strasznego się nie stanie.
To nie jest kara czy moja złośliwość. To naturalna konsekwencja własnego niedopatrzenia, na którą pozwalam bez ratowania syna w każdej sytuacji. Dla mnie jest ogromna różnica między tymi dwiema rzeczami.
Oczywiście, nie zawsze jest to takie proste. Czasami sama mam ochotę wszystko załatwić, bo tak będzie sprawniej, a dla dziecka bardziej komfortowo. Szczególnie wtedy, kiedy wiem, że mogę oszczędzić dziecku nieprzyjemności bardzo niewielkim kosztem. Wystarczyłoby wziąć zeszyt, pojechać do szkoły, zostawić go w szatni czy nawet zanieść mu do klasy i wrócić do swoich obowiązków.
Tylko że wtedy dziecko nie nauczyłoby się niczego poza tym, że mama zawsze znajdzie rozwiązanie. A ja chcę, żeby nauczyło się czegoś zupełnie innego.
Chcę, żeby z czasem samo zaczęło wieczorem sprawdzać plecak. Żeby pamiętało, czego potrzebuje następnego dnia. Żeby po zapomnieniu czegoś ważnego nie czekało na telefon do mamy, tylko zastanowiło się, jak może poradzić sobie z sytuacją. Żeby rozumiało, że samodzielność nie polega na tym, że wszystko wychodzi idealnie, tylko na tym, że potrafimy poradzić sobie także wtedy, kiedy popełnimy błąd.
Oczywiście, jeśli dziecko czegoś nie rozumie, potrzebuje pomocy albo jest jeszcze na takim etapie rozwoju, że nie może samo odpowiadać za określone rzeczy, sytuacja wygląda inaczej. Samodzielność trzeba budować stopniowo. Nie można oczekiwać od sześciolatka tego samego, czego oczekujemy od trzynastolatka.
Ale właśnie dlatego warto z każdym rokiem oddawać dziecku trochę więcej odpowiedzialności, bo kiedyś ten zeszyt nie będzie jedynym problemem.
Pojawi się praca, którą trzeba oddać na czas. Ważny dokument, o którym trzeba pamiętać. Umówione spotkanie, opłaty, terminy egzaminów i inne obowiązki, za które mama dorosłego człowieka przecież nie może już dopowiadać.
I wtedy chciałabym, żeby moje dziecko nie czekało na kogoś, kto przyjedzie i uratuje sytuację. Chciałabym, żeby pomyślało, co może zrobić samo.
Dlatego czasami trzeba pozwolić dziecku mieć gorszy dzień. Trzeba pozwolić mu się pomylić, czegoś zapomnieć i ponieść konsekwencje. Nie po to, żeby cierpiało. Po to, żeby mogło nauczyć się odpowiedzialności w sytuacjach, w których stawka jest jeszcze naprawdę niewielka.




