
Mam wrażenie, że czasem zamiast wzmacniać dzieci, próbujemy za wszelką cenę ochronić je przed wszystkim, co niekomfortowe. Przed deszczem, błotem, zimnem, potem i zmęczeniem. Tymczasem dzieciństwo nie musi odbywać się wyłącznie w temperaturze 22 stopni i przy idealnej pogodzie. Czasem warto założyć kalosze, kurtkę z kapturem i po prostu wyjść.
Sezon chorobowy już wystartował
Nowy rok szkolny ledwo się zaczął, a z kim bym nie rozmawiała, wszyscy dookoła są przeziębieni i walczą z pierwszymi przedszkolnymi infekcjami swoich dzieci. Nie bez znaczenia jest wyjątkowo zmienna pogoda. Kiedy jednego dnia mamy 13 stopni, a kolejnego 25, trudno ubrać się odpowiednio do warunków i zadbać o komfort organizmu.
W przypadku dzieci w szkołach i przedszkolach dochodzi jeszcze jeden czynnik – po wakacjach najmłodsi wrócili do placówek, gdzie całymi dniami przebywają w dużych skupiskach ludzi. W takich miejscach łatwiej o kontakt z wirusami, a przedszkolaki dopiero uczą się zasad higieny i dbania o siebie, więc ryzyko infekcji jest większe.
Od pierwszych dni września rodzice szukają magicznych i szybkich sposobów na postawienie na nogi siebie i dzieci. Prawda jest jednak taka, że odporności nie da się zbudować w dwa tygodnie, już po rozpoczęciu sezonu infekcyjnego. Jest jednak coś, co mimo trwającego sezonu chorobowego i kataru u połowy przedszkolnej grupy można zrobić, żeby wspierać zdrowie i kondycję organizmu.
W mojej ocenie to jedna z najprostszych rzeczy, o których rodzice często zapominają, choć może mieć znaczenie nie tylko dla dzieci, ale również dla nas samych. Wiecie, o czym mówię? O wychodzeniu na świeże powietrze i aktywności fizycznej.
Nie trzeba od razu biegać maratonów ani co drugi dzień organizować rodzinnej wyprawy rowerowej. Naprawdę wystarczą zwykłe spacery, wyjście po przedszkolu na plac zabaw, godzinny spacer po lesie albo weekendowa wyprawa na grzyby. Zamiast kupować mnóstwo suplementów, a później leków, warto zainwestować w dobre ubrania na deszcz i zimno i wychodzić z domu niezależnie od pogody.
Wychodźcie na świeże powietrze codziennie
Na razie mamy początki pięknej złotej jesieni, więc korzystanie z jej uroków jest wyjątkowo łatwe. Chodzimy do parku zbierać kasztany i żołędzie, korzystamy z ostatnich powiewów ciepła, popołudniami wychodzimy na plac zabaw, do parku czy lasu. I właśnie teraz warto wyrobić sobie nawyk regularnego przebywania na świeżym powietrzu.
Mnie jednak chodzi przede wszystkim o to, żeby później, kiedy zrobi się mniej przyjemnie – nawet wtedy, gdy będzie padał deszcz, wszędzie zrobi się wilgotno, a potem przyjdzie mróz i śnieg – również nie rezygnować z codziennego wychodzenia.
I chyba właśnie o tym zapominamy najbardziej: wyjście z domu nie jest magicznym sposobem na uniknięcie kataru. Chodzi o ruch, kontakt z naturalnym światłem, aktywność i zwyczajnie zdrowy rytm dnia. Dziecko, które codziennie biega po placu zabaw, jeździ na rowerze, chodzi po lesie czy zimą lepi bałwana, ma po prostu więcej okazji do ruchu niż to, które przez pół roku większość popołudni spędza w domu, bo na dworze jest "brzydko".
Samo wyjście na deszcz czy mróz nie sprawia przecież, że dziecko łapie wirusa. Za infekcje odpowiadają przede wszystkim wirusy i bakterie, a nie temperatura za oknem. Oczywiście wychłodzenie organizmu czy przemoknięcie nie są czymś, do czego należy celowo dopuszczać. Nie ma jednak powodu, żeby traktować każdą kroplę deszczu czy niższą temperaturę jak zagrożenie dla zdrowia.
Tymczasem mam czasem wrażenie, że próbujemy stworzyć dzieciom taką małą cieplarnianą bańkę. W domu ma być ciepło, w przedszkolu też, na dwór wychodzimy tylko wtedy, kiedy świeci słońce, a przy pierwszych kroplach deszczu najlepiej odwołać spacer. Tyle że świat poza tą bańką wygląda zupełnie inaczej. Jesień będzie mokra, zima będzie zimna, a wiosną znowu będzie padać. Dziecko nie musi kochać każdej pogody, ale dobrze, żeby nauczyło się w niej funkcjonować.
W Polsce, obserwując grupy przedszkolne i klasę w szkole moich dzieci, mam wrażenie, że rodzice panicznie boją się brzydkiej pogody. Dzieci w przedszkolu nie mogą wyjść na dwór, gdy tylko pojawi się trochę deszczu, bo zimno, mokro i błoto. Bo się przeziębią, zmarzną, a wtedy rodzic będzie musiał brać L4.
Zobacz także
Wystarczą naprawdę tylko (lub aż) odpowiednie ubrania
A wystarczyłoby zacząć od tego, żeby zainwestować w ubrania na deszcz, zimno i mróz. Kalosze, spodnie i kurtka przeciwdeszczowa, ciepły kombinezon, śniegowce, ubrania z dobrej jakości wełny. To naprawdę nie muszą być nowe i drogie rzeczy. Pełno jest ich na Vinted czy w ciuchlandach, gdzie można kupić dziecięce ubrania za ułamek ceny. Odpowiedni strój sprawia, że podczas brzydkiej pogody dziecku jest ciepło i komfortowo, a ono samo może spokojnie korzystać z ruchu i świeżego powietrza.
W przedszkolach jesienią i zimą praktycznie codziennością jest sytuacja, w której rodzice proszą, żeby grupa nie wychodziła na spacer, bo ktoś może się przeziębić. Nie dziwię się też nauczycielkom, że zwykle ustępują i nie wychodzą na siłę. Dzieci często po prostu nie mają w szatni odpowiednich ubrań. Panie nie chcą ryzykować, że ktoś zmarznie, przemoknie i faktycznie źle się poczuje, bo zamiast stroju odpowiedniego do pogody ma cienkie spodenki i koszulkę.
Bywamy naprawdę przewrażliwieni na punkcie dbania o komfort dzieci, czystość i ciepło. I jasne, nie chodzi o to, żeby specjalnie narażać dzieci na wychłodzenie, przemoczenie czy przebywanie na dworze w każdych możliwych warunkach. Chodzi raczej o to, żeby nie traktować jesiennego deszczu, chłodu czy pierwszego śniegu jak sytuacji alarmowej.
Nikt nie każe dzieciom od razu tarzać się w błocie czy spać w lesie na karimatach. Choć taki sposób spędzania czasu na zewnątrz jest znacznie częściej spotykany w niektórych krajach, między innymi w placówkach w Danii. Wystarczy zwykły spacer, zabawa na śniegu czy wyjście na plac zabaw, kiedy lekko kropi deszcz. Nie zwalniajmy też dzieci z lekcji WF tylko dlatego, że boimy się, że się zmęczą i spocą. Jeśli warunki na to pozwalają, warto również korzystać z możliwości prowadzenia zajęć na świeżym powietrzu.
Kluczem jest jednak odpowiednie przygotowanie. Dziecko powinno mieć ubranie dopasowane do temperatury i warunków atmosferycznych, tak żeby nie marzło i nie przemakało. Wtedy wyjście na dwór nie musi być wielkim wydarzeniem, tylko zwyczajnym elementem dnia – także jesienią i zimą.
Bo mam wrażenie, że czasem zamiast wzmacniać dzieci, próbujemy za wszelką cenę ochronić je przed wszystkim, co niekomfortowe. Przed deszczem, błotem, zimnem, potem i zmęczeniem. Tymczasem dzieciństwo nie musi odbywać się wyłącznie w temperaturze 22 stopni i przy idealnej pogodzie. Czasem warto założyć kalosze, kurtkę z kapturem i po prostu wyjść.
Mój mąż, który jest wędkarzem, zawsze mawia, że nie ma złej pogody na ryby, są tylko źle ubrani wędkarze. I do budowania zdrowych nawyków u dziecka też można to powiedzenie zastosować ;-)




