zwracanie się do dziecka
Zdarzają się przypadki, że małe dzieci przedstawiają się swoimi "rodzinnymi ksywkami" pexel.com

"Słoneczko", "myszko", "skarbie", "żabko" – czułe określenia są naturalną częścią rodzinnego języka. Warto jednak zwrócić uwagę na to, w jakich sytuacjach używamy prawdziwego imienia dziecka. Jeśli pojawia się głównie wtedy, gdy jesteśmy źli, może stać się sygnałem: "Oho, mam kłopoty" i budzić złe skojarzenia.

REKLAMA

"Skarbie, chodź na obiad", "Myszko, gdzie masz czapkę?", "Żabko, umyj zęby". Rodzice potrafią stworzyć imponujący repertuar określeń dla swoich dzieci. Są jeszcze misiaczki, serduszka, córunie, synusie i kruszynki. Czasem rodzinne przezwisko jest tak wymyślne, że nikt poza domownikami nie wie nawet, skąd się wzięło.

I nie ma w tym nic złego. Czułe określenia są jednym ze sposobów okazywania bliskości i z czasem stają się częścią rodzinnego języka. Warto jednak zrobić mały eksperyment i przez jeden dzień zwrócić uwagę na coś innego – w jakich sytuacjach zwracamy się do dziecka po imieniu?

"Żabka" znika, pojawia się pełne imię

Na co dzień dziecko jest "Misiem", "Bąblem" albo "Zosią". A potem dziecko trzeci raz ignoruje prośbę o posprzątanie pokoju, rozlewa sok na świeżo umytej podłodze albo wdaje się w awanturę z rodzeństwem.

I nagle słyszy:

"ZUZANNA!"

W wielu rodzinach działa to niemal jak kod. Dziecko nie musi nawet wiedzieć, co zrobiło. Sam sposób, w jaki rodzic wypowiada jego pełne imię, wystarcza, żeby zorientowało się, że sytuacja zrobiła się poważna.

Co ciekawe, podobne zależności obserwujemy u dorosłych partnerów. Chodzi o czułe przezwiska w relacjach. Bliskie osoby zwykle zwracają się do siebie pieszczotliwie. Usłyszenie własnego imienia w określonych sytuacjach jest sygnałem, że sprawa jest poważna albo że ma kłopoty.

Dzieci potrafią bardzo mocno przywiązać się do domowego przezwiska

Rodzinne określenia bywają zresztą niezwykle trwałe. BabyCentre zebrało historie rodziców opowiadających o przezwiskach swoich dzieci. Są wśród nich najróżniejsze formy – od wariacji prawdziwego imienia po słowa, które powstały właściwie przez przypadek.

Jedna z mam opowiada o córce, którą nazywa "Bubba". Dziewczynka tak dobrze zna to określenie, że gdy mama się na nią złości i zwraca do niej prawdziwym imieniem, odpowiada jej ze smutkiem: "Jestem Bubba". Inna opowiadała, że dziecko przedstawia się swoim "domowym pseudonimem" zamiast imieniem. To pokazuje, jak mocno takie rodzinne nazwy mogą wejść do codziennego języka.

Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy przestać nazywać dzieci "myszkami" czy "skarbami". Wręcz przeciwnie, jeśli są to czułe określenia akceptowane przez dziecko, mogą być częścią wyjątkowego języka łączącego rodzinę. Dobrze jednak, żeby obok nich było miejsce również na imię.

Własne imię jest dla mózgu wyjątkowym sygnałem

W badaniu opublikowanym w 2010 roku w czasopiśmie "PLOS One" naukowcy sprawdzali reakcje pięciomiesięcznych niemowląt na własne i obce imiona. Okazało się, że już tak małe dzieci odróżniały swoje imię od imienia nieznanej osoby. Co więcej, po usłyszeniu własnego imienia zwiększała się ich uwaga na prezentowane później obiekty. Badacze uznali, że własne imię pełni już w tym wieku rolę szczególnego sygnału społecznego.

Podobny efekt obserwuje się również u starszych dzieci. Badanie opublikowane w "Biological Psychology" obejmowało dzieci w wieku średnio niespełna ośmiu lat. Naukowcy rejestrowali aktywność ich mózgów podczas słuchania własnego imienia, imienia bliskiej osoby oraz nieznanych imion. Mózg inaczej reagował na imiona znane osobiście niż na te należące do obcych osób. Własne imię zdecydowanie nie jest więc dla dziecka kolejnym przypadkowym słowem.

Nie zostawiajmy imienia tylko na awantury

Nie chodzi o to, że nazywanie dziecka "żabką" zamiast Zosią czy "misiem" zamiast Antkiem wyrządza mu krzywdę. Nie warto więc dopisywać problemu do czegoś, co w wielu rodzinach jest po prostu wyrazem czułości. Warto jednak zwracać uwagę na własny język.

Jeśli imię dziecka wypowiadamy właściwie tylko wtedy, kiedy podnosimy głos, jesteśmy zirytowani albo chcemy natychmiast zwrócić jego uwagę, łatwo zrozumieć, dlaczego będzie miało związane z nim złe skojarzenia.

Dlatego "myszki", "żabki" i "skarby" nie muszą nigdzie znikać. Warto jedynie czasem powiedzieć także: "Zosiu, chodź, chcę ci coś pokazać", "Antku, świetnie sobie z tym poradziłeś" albo po prostu: "Julka, kocham cię". Niech własne imię dziecka pojawia się także wtedy, gdy dzieje się coś dobrego. Nie tylko w nieprzyjemnych sytuacjach.

Źródło: BabyCentre, PLOS One, "Did You Call Me? 5-Month-Old Infants Own Name Guides Their Attention" (2010), Biological Psychology, "Response to Own Name in Children" (2016).