młoda kobieta na klatce schodowej w bloku obok skrzynek na listy
Sąsiedzka życzliwość to dla dzisiejszych dzieci coś niecodziennego. fot. Alexey Demidov/Pexels

Mieszkam w bloku, w którym większość sąsiadów to osoby starsze i bardzo sobie cenię tę sąsiedzką bliskość. Dzieci obserwują, jak pomagamy sobie w codziennych sytuacjach i uczą się, że powiedzenie "dzień dobry" czy pomoc starszej osobie są czymś naturalnym. Ostatnio jednak zaczęłam się zastanawiać, czy zwykła kultura osobista nie staje się dziś reliktem przeszłości.

REKLAMA

Starsze osoby w moim sąsiedztwie

Są takie momenty, przez które patrzę na codzienność z zupełnie innej perspektywy. Ostatnio właśnie taka chwila spotkała mnie na klatce schodowej w moim własnym bloku. Niby zwykła sytuacja, kiedy kilkoro sąsiadów mija się na schodach. A jednak po raz kolejny pomyślałam, że chyba żyję w pewnej bańce. Bańce, w której zwykła kultura osobista i życzliwość wobec innych są czymś oczywistym. Tymczasem nie dla wszystkich.

Mieszkam w dużym bloku, w którym większość mieszkańców to osoby starsze. Wiele z nich ma 60-70 lat i więcej. I bardzo lubię takie sąsiedztwo, czuję się tutaj swojsko, trochę jakbym mieszkała obok babci. Starsi sąsiedzi często zagadują, pytają, jak dzieci, wymieniamy się opiniami na różne tematy.

Czasem ktoś zatrzyma się na chwilę, żeby porozmawiać, czasem potrzebuje drobnej pomocy. Nie ma w tym nic wielkiego, ale właśnie z takich małych rzeczy buduje się poczucie, że mieszka się wśród ludzi, a nie wyłącznie obok innych mieszkań.

Dlatego tym bardziej zaskakuje mnie zachowanie części młodszych mieszkańców naszego bloku. Na jednej z wyższych kondygnacji mieszka małżeństwo z dwójką dzieci w wieku szkolnym. I choć wszyscy mieszkamy w tym samym budynku, mam czasem wrażenie, jakbyśmy żyli w zupełnie innych światach.

Nawet zwykłe "dzień dobry" wydaje się w ich przypadku czymś trudnym. Nie mówię już o dzieciach. Ich dzieci właściwie nigdy same z siebie się nie witają. Oczywiście nie zamierzam nikogo zmuszać do sąsiedzkiej przyjaźni. Nie każdy musi mieć potrzebę rozmowy z sąsiadami, zapraszania ich do domu czy budowania bliskich relacji. To rozumiem i szanuję. Nie każdy też musi być duszą towarzystwa.

Ale czym innym jest potrzeba prywatności, a czym innym podstawowa kultura osobista. Dla mnie powiedzenie "dzień dobry" osobie, którą regularnie spotykamy na klatce schodowej, nie oznacza spoufalania się. Zapytanie starszej osoby, czy potrzebuje pomocy z zakupami, nie jest przekraczaniem jej granic. Przytrzymanie komuś drzwi, odebranie paczki czy pomoc przy wniesieniu ciężkich rzeczy nie powinny być traktowane jak dziwactwo.

I właśnie tutaj zaczynam się zastanawiać, czy nie żyję w pewnej bańce. Być może przez lata miałam szczęście mieszkać wśród ludzi, dla których dobre wychowanie było czymś oczywistym. Być może dlatego trudno mi zaakceptować, że dla części osób zwykła sąsiedzka życzliwość stała się czymś podejrzanym, niepotrzebnym albo wręcz niemodnym.

Sąsiedzka pomoc uczy dzieci szacunku i życzliwości

To otoczenie jest dla mnie również ważną lekcją dla dzieci. Chcę, żeby wiedziały, że szacunek do starszych osób, empatia i zwykła kultura osobista nie są czymś staromodnym. Dla mnie naturalne jest powiedzenie sąsiadowi "dzień dobry", zapytanie starszej sąsiadki, czy nie trzeba jej pomóc z zakupami albo zaoferowanie pomocy, kiedy komuś zepsuje się samochód.

Czasami odbieram paczki od kuriera, kiedy wiem, że sąsiadka pojechała do dzieci albo wnuków. Nie traktuję tego jak wielkiego poświęcenia. To po prostu sąsiedzka życzliwość. Moje dzieci widzą takie sytuacje i mam nadzieję, że uczą się dzięki nim, że pomaganie innym jest czymś normalnym. Jasne, nasi sąsiedzi są mili i nie spotkaliśmy tu nikogo zawistnego czy "trudnego", co pewnie sporo ułatwia.

Niedawno w naszym bloku nie było wody. Wodociągi dostarczyły mieszkańcom baniaki z wodą. Jednej z moich sąsiadek akurat nie było w domu, więc wzięłam dla niej dwa baniaki. Kiedy wróciła, mój syn zaniósł je do jej mieszkania. Dla niego to też nie było nic nadzwyczajnego. Po prostu wiedział, że sąsiadka potrzebuje pomocy, a my możemy jej pomóc.

Nowe, inne priorytety w wychowaniu

Mam też coraz większe poczucie, że zmienia się sposób, w jaki wychowujemy dzieci. Bardzo dużo mówi się dziś o stawianiu granic, asertywności, dbaniu o własny komfort i o tym, że dziecko nie musi być miłe dla każdego. I oczywiście jest w tym ogromnie dużo prawdy. Nie chcę wychowywać dzieci, które będą zgadzały się na wszystko tylko dlatego, że ktoś tego od nich oczekuje.

Ale jest różnica między asertywnością a brakiem podstawowej uprzejmości. Można mieć własne granice i jednocześnie powiedzieć sąsiadowi "dzień dobry". Można nie chcieć z kimś rozmawiać i jednocześnie przytrzymać mu drzwi. Można nie mieć ochoty na znajomość z inną rodziną, ale nauczyć dziecko, że kiedy mija kogoś na klatce schodowej, warto się przywitać.

Nie chcę, żeby moje dzieci spoufalały się ze wszystkimi. Nie chcę też, żeby czuły się zobowiązane do pomagania każdej napotkanej osobie. Chcę jednak, żeby rozumiały, że żyją wśród innych ludzi. Że jesteśmy częścią jakiejś społeczności. I że nasze zachowanie wpływa również na tych, których spotykamy każdego dnia.

Może więc dobre wychowanie rzeczywiście staje się dziś pewnym reliktem. A może po prostu coraz częściej zapominamy, że czasami warto być życzliwym dla innych.

Jestem zdania, że właśnie dzięki takim gestom dzieci uczą się empatii. Wtedy, kiedy widzą, że mama bierze dodatkowy baniak wody dla sąsiadki, a potem ich brat zanosi go starszej osobie do mieszkania.

I naprawdę chciałabym, żeby właśnie takie zachowania były dla moich dzieci normą. Bo jeśli zwykłe "dzień dobry", pomoc drugiemu człowiekowi i odrobina zainteresowania tym, co dzieje się obok nas, mają kiedyś stać się czymś niezwykłym, to chyba będzie mi zwyczajnie szkoda świata, w którym przyjdzie im dorastać.