
Wakacje na campingu miały być dla mnie czasem odpoczynku, ale obserwacja innych rodzin dała mi sporo do myślenia. Zobaczyłam dzieci, które całe dnie spędzały z telefonami i tabletami, podczas gdy ich mama cieszyła się upragnioną ciszą. Pomyślałam wtedy, że chyba wolę głośne i zmęczone dzieci niż nienaturalny spokój za cenę ekranów.
Rodzinne wakacje na campingu
Wakacje to dla rodziców trudny czas. Już nawet nie mówię o tym, że w pracy większość z nas ma ograniczoną liczbę dni urlopu, podczas gdy dzieci w szkołach i przedszkolach mają dwa miesiące wakacji. Lato jest oczywiście dla najmłodszych czasem odpoczynku od szkolnych obowiązków, ale jednocześnie to moment, kiedy rodzice muszą bardziej zadbać o ich opiekę, rozwój i organizację czasu.
Chodzi mi przede wszystkim o takie dylematy jak to, żeby dzieci nie spędzały całych dni przed bajkami, kiedy ja zdalnie pracuję w pokoju obok. Chcę, żeby miały fajne wakacje, spędzały czas ciekawie, bawiły się na świeżym powietrzu i faktycznie odpoczęły od wysiłku umysłowego, z jakim mierzą się przez cały rok szkolny.
Dziś coraz więcej wiemy o tym, że ekrany nie są najlepszym rozwiązaniem. Ich nadmiar może wiązać się z problemami ze zdrowiem, a także negatywnie wpływać na rozwój, kreatywność czy jakość odpoczynku.
Tymczasem podczas ostatnich wakacji nad morzem zobaczyłam sytuację, która bardzo mnie zasmuciła. Mimo że tak dużo mówi się o szkodliwości nadmiernego korzystania z ekranów, zakazie telefonów w szkołach czy potrzebie edukowania rodziców, wciąż wielu opiekunów traktuje smartfony i tablety jak przepustkę do świętego spokoju.
Spędziłam kilka dni nad morzem na campingu, gdzie było naprawdę sporo rodzin z dziećmi. Takie okoliczności sprawiły, że mimowolnie obserwowałam innych rodziców i ich dzieci, a przy okazji miałam sporo własnych refleksji. Jedna z nich dotyczyła tego, jak bardzo dzisiejsi rodzice są obciążeni i przebodźcowani. Paradoksalnie często dlatego, że chcą być świadomymi, zaangażowanymi i dobrymi opiekunami.
Zobacz także
Wolę intensywne rodzicielstwo...
Sama jestem typem rodzica, który czasami przesadza z nadopiekuńczością. Chcę być zaangażowana i zdarza mi się łapać na tym, że próbuję zorganizować dzieciom każdą wolną chwilę tak, żeby była wartościowa. Na szczęście mam świadomość, że nuda i czas, którego dorośli nie organizują od początku do końca, są dzieciom bardzo potrzebne. Dlatego potrafię się zatrzymać.
W naszym domu, podobnie jak na wakacjach, bywa głośno, intensywnie i emocjonalnie. Przez to sama czasami jestem zmęczona i przebodźcowana, ale biorę to na klatę. W końcu dzieciństwo nie zawsze jest ciche, spokojne i idealnie zorganizowane. Dzieci mają się bawić, śmiać, biegać, wymyślać własne zabawy, czasami nudzić, a czasami doprowadzać rodziców do granic cierpliwości.
Na campingu też było ich wszędzie pełno. Biegały między namiotami, od rana do nocy bawiły się na placu zabaw, chodziły na plażę i do morza. Bywały zmęczone, marudne, czasami zbyt głośne.
Miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Starałam się upominać dzieci i dbać o to, żeby ich zachowanie nie było zbyt uciążliwe dla innych. Rozmawiałam z nimi i tłumaczyłam, że ważny jest również komfort osób, które są obok naszego namiotu.
Tuż obok nas, w kamperze, mieszkała rodzina z czwórką dzieci. I właśnie na przykładzie kontrastu między moimi dziećmi a ich dziećmi zobaczyłam coś, co dało mi naprawdę dużo do myślenia.
... niż nienaturalną ciszę
U mnie było dwoje głośnych dzieci, które się śmiały, bawiły, biegały i czasami kłóciły, czyli po prostu zachowywały się jak dzieci. Tam była czwórka, która była niemal zupełnie cicho. Gdyby nie fakt, że widziałam całą rodzinę siedzącą razem przy stole, w życiu nie powiedziałabym, że w tym kamperze mieszka aż sześć osób.
Wiecie dlaczego? Bo dzieci – zarówno te w wieku szkolnym, jak i przedszkolaki – całe dnie miały nosy przyklejone do ekranów. Siedziały przy stoliku, bujały się w hamaku, a nawet na campingowym placu zabaw huśtały się z telefonami w rękach. Scrollowały, grały, oglądały bajki i seriale. I tak mijały im kolejne godziny.
Zamiast pobawić się z rówieśnikami, pójść na plażę, pobawić się w morzu, zbudować zamek z piasku czy poszukać muszelek, wybierały ekran. A właściwie trudno powiedzieć, że to był ich wybór. To dorośli dali im tę możliwość i najwyraźniej uznali, że w ten sposób będzie po prostu łatwiej.
Patrzyłam na ich mamę, która mogła w ciszy wypić kawę przy stoliku i trochę odpocząć. Co więcej, sama również scrollowała na telefonie, co było dla mnie dość znamienne.
I pomyślałam, że normalnie pewnie bym jej zazdrościła. Bo w tak intensywnym czasie z dziećmi kawa wypita w ciszy i spokoju potrafi być prawdziwym świętem. Każdy rodzic, który choć raz próbował wypić gorący napój przy dwójce czy trójce małych dzieci, doskonale wie, o czym mówię.
Tym razem jednak pomyślałam o czymś innym. O tym, że ceną za jej spokój było to, że czwórka dzieci siedziała z nosami w ekranach. I właśnie to mnie przeraziło.
Nie chcę oczywiście udawać, że moje dzieci nigdy nie oglądają bajek, nie korzystają z tabletów czy nie sięgają po telefon. Jasne, że korzystają, bo nie wiem, jak w dzisiejszych czasach odizolować je od tego na 100 procent. Sama też czasami potrzebuję chwili ciszy i nie zamierzam robić sobie z tego powodu wyrzutów sumienia.
Ekran może być dla rodzica wybawieniem, a dla dziecka zwyczajną formą rozrywki. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się najłatwiejszym sposobem na organizowanie całego dziecięcego dnia, szczególnie na wakacjach.
Tamta sytuacja przypomniała mi, jak łatwo zbudować przeświadczenie, że cisza i spokój rodzica jest ważniejsza niż normalne dzieciństwo. Dzieci nie muszą i nie powinny być przez cały czas grzeczne, ciche i zajęte. Nie muszą siedzieć przy stoliku, żeby rodzic mógł spokojnie wypić kawę. Mają prawo się nudzić, hałasować, biegać, wymyślać absurdalne zabawy, zaczepiać inne dzieci, wracać z plaży całe w piasku i wieczorem padać ze zmęczenia.
I chyba właśnie dlatego, mimo całego zmęczenia, wolę moje głośne wakacje. Wolę dzieci, które biegają po campingu, śmieją się, wymyślają własne zabawy, poznają inne dzieci i wracają wieczorem brudne, zmęczone i pełne wrażeń. Wolę czasami powiedzieć po raz setny "ciszej", niż patrzeć na nienaturalną ciszę, w której każde dziecko jest zajęte własnym ekranem.
Rodzicielstwo nie powinno chyba polegać na tym, żeby za wszelką cenę zapewnić sobie spokój. Czasami też warto pozwolić dzieciom być po prostu dziećmi – nawet jeśli oznacza to trochę więcej hałasu, bałaganu i zmęczenia. Być może właśnie za tę głośną, chaotyczną i nieidealną codzienność kiedyś najbardziej będziemy tęsknić.




