dziecko je przekąskę w hotelu na wakacjach
Marnowanie jedzenie na wakacjach all inclusive dla wielu stało się codziennością. fot. Bulat Khamitov/Pexels

Wielu z nas dorastało w przekonaniu, że z talerza trzeba zjeść wszystko, ale dziś staramy się nie powielać tych błędów wobec własnych dzieci. Paradoksalnie podczas wakacji w hotelach all inclusive często uczymy je czegoś równie szkodliwego – że jedzenie można bez zastanowienia marnować. To nawyk, który zostaje z dzieckiem na długo i ma wpływ nie tylko na relację z jedzeniem, ale też na podejście do konsumpcji.

REKLAMA

Od dziecka mamy krzywdzącą relację z jedzeniem

Wakacje na all inclusive to inny stan umysłu, który wielu Polaków uwielbia. Wyjeżdżamy odpocząć, spędzić czas razem i pokazać dzieciom świat. Chcemy, żeby miały piękne wspomnienia, spróbowały nowych smaków i przez tydzień nie musiały nic. Tymczasem bardzo często, zupełnie nieświadomie, uczymy je czegoś, czego później trudno będzie się oduczyć.

Uczymy, że jedzenie jest niewyczerpalnym zasobem i że można je bez wyrzutów sumienia wyrzucać do kosza. I choć to nie jest główny zarzut do takiego modelu wakacji, to uważam, że te tony jedzenia w hotelach nie uczą nas niczego dobrego.

Większość z nas wychowała się w zupełnie innym świecie. W domu słyszeliśmy, że jedzenia się nie wyrzuca. "Nie mamy świnek, którym można oddać resztki" – mawiała nawet moja babcia. Trzeba było zjeść do końca zupę, kanapkę albo ziemniaki, nawet jeśli już dawno nie mieliśmy ochoty na kolejny kęs. Wielu rodziców wierzyło, że nakłanianie do jedzenia jest przejawem troski. Dzisiaj wiemy, że nie było, a ja sama jestem zdania, że zmuszanie do jedzenia to przemoc.

To pokolenie dorosłych w wielu przypadkach zapłaciło za tamto wychowanie wysoką cenę. Niektórzy z nas do dziś mają trudną relację z jedzeniem. Jemy pod wpływem emocji. Nagradzamy się ulubionym deserem po ciężkim dniu. Zajadamy stres, nudę albo zmęczenie. Niektórzy przeciwnie, odmawiają sobie jedzenia, bo przez lata nauczyli się ignorować sygnały płynące z własnego organizmu.

Coraz częściej mówi się o tym otwarcie. Rozumiemy już, że dziecko powinno samo decydować, kiedy jest najedzone. My jako rodzice powinniśmy tylko decydować o tym, co je, żeby było zdrowe i się rozwijało. Staramy się nie zmuszać go do opróżniania talerza. Nie nagradzamy słodyczami za dobre oceny. Nie odbieramy deseru za karę. Chcemy po prostu wychowywać inaczej. I właśnie wtedy przychodzą wakacje w hotelu.

Marnujemy jedzenie, bo "płaciliśmy to się nam należy"

Bufet all inclusive jest dla dziecka jak sklep z zabawkami. Wszystko wygląda kolorowo, pachnie i kusi. Frytki obok naleśników, pizza obok makaronu, lody obok ciast i owoców. Dorosłym również trudno się opanować. Nasz mózg i wzrok działają szybciej niż zdrowy rozsądek. Widzimy ogromny wybór i automatycznie chcemy spróbować wszystkiego. Nakładamy więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść.

Dzieci robią dokładnie to samo. Tylko że one dopiero uczą się kontrolować swoje zachowania. Nakładają pięć rodzajów ciasta, trzy porcje frytek i tonę owoców, bo "to przecież zdrowe". Po kilku kęsach okazuje się, że już są syte albo po prostu zmieniły zdanie i reszta ląduje w koszu.

Jeszcze częściej to my jesteśmy autorami tych pełnych talerzy. Nakładamy dzieciom wszystkiego po trochu, bo przecież warto spróbować. Dokładamy kolejną porcję, bo może jednak zjedzą. Wrzucamy jeszcze kawałek mięsa i trochę ryżu, bo szkoda nie skorzystać. Przecież wszystko jest w cenie.

Chyba to zdanie jest największym problemem, bo wiele razy słyszałam o podobnym mechanizmie przy drink barach, gdzie nie brakuje Polaków.

Skoro zapłaciliśmy, wydaje nam się, że trzeba korzystać. Lepiej nałożyć za dużo niż za mało. Lepiej wyrzucić niż wracać po dokładkę. Czasami wręcz czujemy satysfakcję z tego, że skorzystaliśmy na maksa. Nie zastanawiamy się, że w praktyce płacimy za możliwość marnowania jedzenia.

Dziecko nie rozumie ceny wakacyjnego pakietu. Ono widzi, że można nałożyć tyle, ile się chce. Widzi, że połowa jedzenia trafia do śmieci i nikt nie robi z tego problemu. Widzi, że jedzenie przestaje mieć wartość, bo zawsze będzie następna pizza, kolejne lody i następny deser.

To bardzo dziwna lekcja. Przez cały rok uczymy dzieci szacunku do jedzenia. Tłumaczymy, że warto robić rozsądne zakupy i nie kupować więcej, niż potrzebujemy. Rozmawiamy o ekologii i niemarnowaniu żywności. A potem przez tydzień pokazujemy im dokładnie odwrotne zachowanie.

Oczywiście rozwiązaniem nie jest powrót do zmuszania dzieci do jedzenia. Nie chodzi o to, żeby siedziały nad talerzem godzinę albo jadły na siłę tylko dlatego, że same sobie nałożyły. Takie metody nikomu nie służą.

Można jednak uczyć czegoś znacznie cenniejszego. Lepiej nałożyć mniej i wrócić po dokładkę. Lepiej spróbować jednej nowej potrawy niż pięciu naraz. Lepiej uszanować własny apetyt niż udowadniać sobie, że skoro zapłaciliśmy, to musimy wykorzystać każdą możliwość.

Wakacje są czasem odpoczynku, ale to nie znaczy, że na ten czas trzeba porzucić wszelkie zasady. Dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwację. Jeśli widzą rodziców, którzy nakładają rozsądne porcje i wracają po więcej tylko wtedy, gdy naprawdę są głodni, uznają to za normę.

Jeśli widzą góry jedzenia wyrzucane do kosza, zapamiętają również tę lekcję. Wiem, że to trochę problem pierwszego świata (chociaż nie tylko), ale myślę, że na takie rzeczy warto zwracać dzieciom uwagę. To również pewnego rodzaju nauka szacunku.