
Nie jestem matką, ale się wypowiem – według mnie zdjęcia dzieci w ogóle nie powinny pojawiać się w internecie do momentu aż dziecko będzie na tyle świadome, by nie tylko odpowiedzieć tak lub nie, ale również zrozumieć konsekwencje swojego wyboru. Nie ma żadnego powodu, dla którego zdjęcie twojego dziecka powinno pojawić się w sieci – poza twoją własną chęcią pochwalenia się rodziną. W takiej formie to nie jest okej.
Sharenting influencerek to tylko czubek góry lodowej
Tak, wiem, ten temat był już wałkowany. Sharenting jest obrzydliwy, bo influencerki zarabiają na dzieciach i to wszystko prawda. Ale warto zwrócić uwagę, że zwykłe matki, które krytykują celebrytki, same popełniają dokładnie te same błędy. I może nie chcą na dzieciach zarabiać, ale za darmo sprzedają ich prywatność.
Zupełnie nie rozumiejąc, że nie robią tego dla dobra dziecka, a z potrzeby pokazania swojego życia. Sama jestem dzieckiem, które przeszło tę fazę swojej mamy, i coś Wam powiem.
O sharentingu, czyli dzieleniu się prywatnością dziecka w internecie, pisałyśmy w MamaDu nie raz. Sama krytykowałam Wersow, Andziaks i Lil Masti, bo wizerunek każdej z ich pociech prezentowany jest w social mediach od każdej strony.
Twórczynie na co dzień spotykają się z krytyką. W komentarzach pod ich filmami widać, że przeciętny odbiorca jest już świadomy, iż influencerki parentingowe krzywdzą dzieci, a ich działania są (nie oszukujmy się) stricte zarobkowe. Pokazywanie dziecka po prostu się opłaca.
Zmonetyzować można dosłownie każdą chwilę: od sprawdzenia testu ciążowego, przez poród, aż do momentu, gdy dziecko skończy studia.
To wiemy wszyscy. Jednocześnie, gdy klikam na profile kobiet, które krytykują sharenting influencerek, znajduję na ich profilach... zdjęcia dzieci. Ze spaceru, z obiadku, z dmuchania świeczek na urodzinowym torcie i co najgorsze – z wakacji, na plaży, w kąpielówkach.
Natolatek na publikację wizerunku powie: NIE!
Według mnie zdjęcia dzieci w ogóle nie powinny pojawiać się w internecie do momentu, aż dziecko będzie na tyle świadome, by zrozumieć konsekwencje swojego wyboru. Czyli prawdopodobnie dopiero wtedy, gdy będzie nastolatkiem. I zgadnijcie co! Zazwyczaj nastolatkowie nie zgadzają się już na publikowanie żadnych ich zdjęć przez rodziców w mediach społecznościowych.
Nie bez powodu – pokolenie Z czy Alfa (urodzeni po 2010/2013) "zna się na internetach" o wiele bardziej niż ich rodzice. Te generacje może i są uzależnione od telefonu, ale nie można im odmówić cyfrowej intuicji: wyczucia tego, co w sieci niebezpieczne albo po prostu cringe'owe (upokarzające, wstydliwe). Tak czy owak efekt jest taki, że nie zgadzają się na szafowanie ich wizerunkiem na Facebooku. I bardzo dobrze.
Coraz częściej dostrzega to również państwo – Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad przepisami, które mają wprowadzić nowe zasady publikacji zdjęć dzieci dla rodziców.
I tak, wiem, że zdjęcie z urodzin dziecka Kasi na Facebooku różni się od filmiku z urodzin córki influencerki z milionowymi zasięgami. Ale różni je skala, a nie zasada. W obu przypadkach dorosły decyduje za dziecko, że jego wizerunek trafia do internetu. Może i zobaczy je mniejsza liczba osób, ale wystarczy, by dziecko straciło kontrolę nad tym, kto ogląda jego zdjęcia i co się z nimi stanie w przyszłości.
Zdjęcie wrzucone na prywatnego Facebooka również trafia do internetu. Koniec. Nie do rodzinnego albumu, nie do szuflady, tylko do sieci – bezkresnego oceanu zdjęć, filmów i informacji, w którym obok zwykłych użytkowników są też oszuści, osoby kradnące wizerunek, przestępcy sek*ualni czy ludzie, którzy zwyczajnie nie mają dobrych intencji.
Oczywiście nie każde zdjęcie dziecka trafi w niepowołane ręce. Ale rodzic nie ma nad tym żadnej kontroli. Kiedy publikujesz zdjęcie dziecka, oddajesz obcym ludziom klucz do jego przyszłej tożsamości. A skoro nie masz kontroli, to czy naprawdę warto podejmować takie ryzyko za kogoś, kto nie może jeszcze wyrazić świadomej zgody?
"Babcia chce zobaczyć wnuka" – od tego są prywatne wiadomości
I szczerze? Nie potrafię znaleźć ani jednego naprawdę mocnego argumentu za publikowaniem zdjęć małych dzieci w mediach społecznościowych. Przecież mówimy o osobach, które często nawet nie potrafią czytać, a co dopiero korzystać z Facebooka czy Instagrama.
Słyszę argument, że "babcia chce zobaczyć wnuka" albo "rodzina mieszka daleko". Tylko że od tego są prywatne wiadomości. Można wysłać zdjęcie na Messengerze, WhatsAppie, pokazać album przy okazji spotkania albo po prostu zadzwonić. Nie trzeba publikować go w miejscu, do którego dostęp ma znacznie więcej osób, niż nam się wydaje.
Wstyd, którego rodzic nie przewidzi. Moja historia z Naszej Klasy
Poza tym rodzic nigdy nie patrzy na zdjęcie swojego dziecka tak, jak ono samo spojrzy na nie za kilka czy kilkanaście lat. Dla mamy fotografia jest rozczulająca. Dla dziecka może być źródłem ogromnego wstydu.
Sama to przeżyłam. Kiedyś mama wrzuciła moje zdjęcie na Naszą Klasę – dziś wejście na starą Naszą Klasę przypomina spacer po mieście widmo, ale wtedy siedzieli tam wszyscy. Dla niej zdjęcie było urocze: siedziałam z naszym psem i go głaskałam.
Tyle że ja byłam wtedy nastolatką, zmagałam się z trądzikiem, który codziennie rano starannie maskowałam przed wyjściem do szkoły. Na tym zdjęciu byłam bez makijażu. Moi rówieśnicy znaleźli fotografię na profilu mojej mamy i zaczęły się komentarze, śmiechy i docinki. Dla niej był to niewinny obrazek. Dla mnie – amunicja, której nigdy sama bym nikomu nie dała.
Dlatego uważam, że rodzic nie powinien decydować, które zdjęcie jego dziecko za dziesięć lat uzna za urocze, a którego będzie się wstydzić. Nie da się tego przewidzieć. Jedyną osobą, która powinna o tym zdecydować, jest samo dziecko, kiedy będzie już wystarczająco świadome konsekwencji publikowania swojego wizerunku.
Miejscem zdjęć dzieci jest telefon rodzica, a nie media społecznościowe
I jeszcze jedno. Wiem, że to może zabrzmieć brutalnie, ale obcy ludzie naprawdę nie żyją waszym dzieckiem. Koleżanki, które nie mają dzieci, najczęściej beznamiętnie przewijają kolejne zdjęcia niemowląt. Te, które same są mamami, czasem zatrzymają się na chwilę, ale za moment oglądają już następny post. Nikt nie przeżywa cudzego życia tak mocno, jak wydaje się nam samym.
Publikowanie zdjęć dzieci bardzo rzadko wynika z realnej potrzeby odbiorców. Znacznie częściej z naszej własnej potrzeby pokazania światu, jak wygląda nasze życie i nasza rodzina. I to jest ludzkie. Ale nie pozwólcie, żeby satysfakcja z kilku serduszek i komentarzy wygrała ze zdrowym rozsądkiem i troską o prywatność dziecka. Bo miejscem zdjęć małych dzieci powinny być przede wszystkim telefony ich rodziców i rodzinne albumy, a nie media społecznościowe.
