
Od poniedziałku do piątku żyjemy w nieustannym biegu, a weekend, który miał być czasem regeneracji, coraz częściej zamienia się w kolejną listę obowiązków. Nic dziwnego, że coraz więcej rodziców odkrywa trend "empty weekend", czyli dwa dni bez planów, presji i konieczności ciągłego działania. Czy leniuchowanie naprawdę może być najlepszym sposobem na odzyskanie sił i rodzinnego spokoju?
Odpoczynek stał się kolejnym obowiązkiem
Mam czasem wrażenie, że od poniedziałku do piątku moje życie przypomina nieustanny bieg z przeszkodami. I myślę, że większość rodziców ma to samo. Budzik dzwoni za wcześnie, dzieci trzeba obudzić, przygotować śniadanie, spakować plecaki, zawieźć do szkoły i przedszkola, zdążyć do pracy.
Potem zakupy, odebranie dzieci, zajęcia dodatkowe, kolacja, pranie, odrabianie lekcji i szybkie ogarnięcie domu. Wieczorem padam na kanapę i zastanawiam się, kiedy ten tydzień znowu minął. I coraz częściej dochodzę do wniosku, że żyję od weekendu do weekendu. Problem w tym, że weekend wcale nie wygląda tak, jak sobie wyobrażam w środę, kiedy marzę o dwóch dniach odpoczynku.
Bo zwykle okazuje się, że w te 2 dni trzeba zrobić większe zakupy, posprzątać mieszkanie, ugotować coś na kilka dni. A czasem do tego dochodzi wizyta u dziadków, plac zabaw,
Spotkanie ze znajomymi, bo przecież "dawno się nie widzieliśmy". Zabiera się dzieci na basen, urodziny kolegi albo rodzinny piknik. W niedzielę wieczorem zamiast wypoczęta czuję się tak samo zmęczona jak w piątek, a czasami jeszcze bardziej.
Coraz częściej łapię się na tym, że po wolnym weekendzie marzę o chociaż jednym dniu wolnego od wszystkich obowiązków. Mam wrażenie, że nasze pokolenie wpadło w pułapkę produktywności. Chcemy być dobrymi pracownikami, zaangażowanymi rodzicami, obecnymi partnerami i jeszcze prowadzić bogate życie towarzyskie. Nawet odpoczynek próbujemy zaplanować co do godziny, a przy tym jeszcze często trzeba na niego zasłużyć.
Weekend ma być "wartościowy". Dzieci powinny zobaczyć coś ciekawego, nauczyć się czegoś nowego, spędzić aktywnie czas. My również chcemy wykorzystać każdą chwilę. W efekcie zamiast regeneracji fundujemy sobie kolejną listę zadań do odhaczenia. Nie dziwię się więc, że coraz większą popularność zdobywa trend określany jako "empty weekend", czyli po prostu pusty weekend.
Pusty kalendarz brzmi jak luksus
Idea jest zaskakująco prosta: nie planujesz niczego z wyprzedzeniem. Nie zapisujesz rodzinnego grafiku kolejnymi atrakcjami. Nie jedziesz gdzieś dlatego, że "wypada" albo dlatego, że już miesiąc temu ktoś zaprosił cię na grilla.
Jeśli w sobotę rano wszyscy będziecie mieli ochotę pojechać nad jezioro – świetnie. Jeśli dzieci zapragną zbudować bazę z poduszek w salonie, a ty przeleżeć godzinę z książką – równie dobrze. Chodzi o to, by decyzje wynikały z waszych potrzeb tu i teraz, a nie z kalendarza.
W jednym z tekstów poświęconych temu trendowi padło zdanie, które bardzo do mnie przemawia: weekend ma być całkowicie wolny od przymusu i stresu. Trudno o lepszą definicję odpoczynku.
Paradoksalnie największym problemem nie są dzieci. To my, dorośli, często nie potrafimy usiedzieć bezczynnie i chcemy organizować czas sobie i innym bliskim. Kiedy nic nie robię, od razu pojawia się myśl, że mogłabym umyć okna, poskładać pranie. Przygotować obiady na cały tydzień albo odpisać na zaległe wiadomości.
Przez lata wmówiono nam, że na odpoczynek trzeba sobie zasłużyć. Najpierw obowiązki, potem przyjemności. A w sobotę to już szczególnie trzeba posprzątać całą chatę, żeby móc zrobić dla siebie coś miłego.
Tymczasem coraz więcej mówi się o tym, że regeneracja nie jest nagrodą. Jest potrzebą. Tak samo ważną jak sen czy zdrowe jedzenie. Dużo mówią o tym Zetki i ja bardzo cenię ten ich zdrowy rozsądek w samoopiece. I chyba właśnie to najbardziej podoba mi się w idei "empty weekend". To ciche przyzwolenie na to, żeby niczego nie udowadniać.
Chyba dojrzeliśmy do leniuchowania
Mam też poczucie, że ten trend może zrobić dobrze nie tylko rodzicom. Dzieci również żyją dziś w ciągłym biegu. Szkoła, przedszkole, treningi, zajęcia językowe, urodziny kolegów, rodzinne wyjazdy. Ich kalendarze momentami przypominają grafiki dorosłych.
Sama często w artykułach piszę, że nuda wcale nie jest wrogiem rodziców i dzieci. To właśnie wtedy rodzi się kreatywność, spontaniczne pomysły i zabawy, których żadne zajęcia dodatkowe nie zastąpią. Nie każde popołudnie musi być zaplanowane co do minuty, a nie każdy weekend powinien kończyć się galerią zdjęć z pięciu różnych atrakcji.
Mam wrażenie, że coś zaczyna się zmieniać. Jeszcze kilka lat temu przyznanie, że cały weekend przeleżało się na kanapie, wywoływało lekkie poczucie wstydu. Dziś coraz częściej słyszę od znajomych: "Nigdzie nie jedziemy. Nic nie planujemy. Potrzebujemy po prostu odpocząć". I bardzo mnie to cieszy.
Bo może największym luksusem naszych czasów nie jest egzotyczny urlop ani kolejny rodzinny wyjazd. Może jest nim sobota, w której nikt nie nastawia budzika. Niedziela bez pośpiechu. Dzień, kiedy nie trzeba nigdzie zdążyć i niczego odhaczać.
Ja przynajmniej coraz bardziej marzę właśnie o takim weekendzie. Pustym tylko z pozoru. Bo w rzeczywistości wypełnionym tym, czego na co dzień najbardziej nam brakuje – spokojem, oddechem i zwyczajnym byciem razem.
Zobacz także




