
Wychowanie nastolatków potrafi zaskoczyć nawet najbardziej świadomych rodziców. Historia mojej znajomej pokazuje, że dobre relacje i zaufanie nie chronią dzieci przed błędami, kłamstwami czy presją rówieśniczą. Gdzie kończy się rodzicielska cierpliwość, a zaczyna konieczność wyciągania konsekwencji?
Rodzicielstwo ma wiele etapów i każdy zaskakuje
Ostatnio coraz częściej myślę o tym, że rodzicielstwo ma wiele różnych etapów i każdy z nich potrafi zaskoczyć. Kiedy moje dzieci miały po kilka miesięcy, wydawało mi się, że najtrudniejsze jest godzenie opieki nad niemowlakiem i 2-latkiem.
Potem, że są napady złości, nieprzespane noce i niekończące się pytania o wszystko. Dziś jestem mamą ośmio- i sześciolatka. Nadal mam poczucie, że wiele się uczę, ale coraz częściej myślę też z niepokojem o przyszłości.
Znajoma, którą podziwiam za spokój i mądrość
Mam znajomą, którą od lat podziwiam za sposób, w jaki wychowuje swoich synów. Jest spokojna, rozsądna i świadoma, a przy tym ma ogrom cierpliwości, której mi czasami brakuje. Dużo czyta, rozmawia z dziećmi, stawia na relację i wzajemny szacunek. Nigdy nie była zwolenniczką krzyków czy kar wymierzanych pod wpływem emocji. Patrząc z boku, można odnieść wrażenie, że robi wszystko tak, jak radzą współcześni specjaliści od wychowania.
Jej synowie mają dziś trzynaście i piętnaście lat. Wiek, który dla wielu rodziców jest prawdziwym testem. Niedawno byłam świadkiem jej rozmowy telefonicznej z jednym z synów. Słuchałam jej spokojnego tonu i tego jak z cierpliwością mówiła w sytuacji, która mnie by wkurzyła i wyprowadziła z równowagi.
Telefon, BLIK i pizza – pozornie zwykła prośba
Syn chciał, żeby za pomocą BLIK-a zapłaciła mu pizzę i napój. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że wcześniej otrzymał już kieszonkowe – dosłownie dzień wcześniej. Jak się później okazało, miał też znacznie więcej pieniędzy, niż przyznawał. W międzyczasie podbierał gotówkę zarówno mamie, jak i ojcu.
Mimo to próbował zdobyć kolejne środki, licząc najwyraźniej na to, że rodzice nie będą wiedzieli o całej sytuacji. Słuchając tej historii, poczułam coś więcej niż zwykłe zdziwienie. Pomyślałam o tym, jak często rodzicom małych dzieci wydaje się, że jeśli stworzą dobrą relację, będą rozmawiać, tłumaczyć i budować zaufanie, to uda się uniknąć poważniejszych problemów wychowawczych.
I pewnie w większości przypadków tak jest, bo mając zaufanie, możemy reagować i wspierać dziecko przez całe życie. Chcemy wierzyć, że solidne fundamenty są gwarancją spokojnej przyszłości.
Nastoletniość rządzi się własnymi prawami
Presja rówieśnicza potrafi być ogromna. Chęć zaimponowania kolegom, strach przed wykluczeniem, potrzeba bycia częścią grupy czy zwykłe nastoletnie eksperymentowanie sprawiają, że nawet rozsądne dzieci podejmują bardzo nierozsądne decyzje.
Nie dlatego, że są złe albo "rodzice coś zaniedbali". Po prostu dlatego, że dorastają. Chyba trzeba w takiej sytuacji głośno przyznać, że wychowanie to nie tylko miłość, to też odwaga, by reagować na złe zachowania swojego dziecka – bo trudne zachowania pojawiają się również w "dobrych domach".
Rodzic czy przyjaciel – gdzie przebiega granica
Coraz częściej mam też wrażenie, że współcześni rodzice znaleźli się w trudnym miejscu. Przez lata słyszeliśmy, że trzeba budować relację, słuchać dzieci i być blisko nich emocjonalnie. To wszystko jest prawdziwe i ważne.
Problem zaczyna się wtedy, gdy granica między byciem rodzicem a przyjacielem zaczyna się zacierać. Eksperci uczulają, by nie traktować dziecka w stu procentach jak swojego przyjaciela. I mam wrażenie, że takie sytuacje jak opisana powyżej są trochę tego efektem. Przyjaciel wysłucha i zrozumie.
Rodzic powinien zrobić to samo, ale czasem musi również powiedzieć "stop" i postawić granicę. Musi pokazać, że każde działanie ma swoje konsekwencje. Pomocne bywają tu konkretne wskazówki – na co i kiedy pozwolić nastolatkowi, bo nic nie uczy go tak, jak doświadczenie konsekwencji własnych wyborów.
Bez granic i konsekwencji wychowamy skrzywione pokolenie
Kłamstwo, manipulowanie czy podbieranie pieniędzy nie mogą zostać jedynie tematem kolejnej spokojnej rozmowy. Bez tych granic i doświadczenia negatywnych konsekwencji wychowamy skrzywione pokolenie.
I właśnie tutaj pojawia się pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Jak znaleźć równowagę między empatią a stanowczością? Jak zachować cierpliwość, gdy dziecko świadomie przekracza granice? Jak wyciągać konsekwencje, żeby czegoś nauczyły, a nie tylko reagowały buntem?
Towarzyszyć w drodze, zamiast chronić przed błędami
Patrzę na moją znajomą i nadal ją podziwiam. Nie za to, że jej dzieci nie popełniają błędów. Za to, że mimo rozczarowania nie przestaje być obecna i zaangażowana. To zresztą chyba najtrudniejsza i najważniejsza rzecz w wychowaniu nastolatka – pozostać dla dorastającego dziecka przewodnikiem, a nie sędzią.
Widzę jednak również, jak trudne są dylematy rodziców nastolatków. Czasami wydaje mi się, że do wychowania małych dzieci mamy jednak więcej wskazówek, a z nastolatkami robi się "pod górę". Przypomina to raczej poruszanie się po nieznanym terenie bez mapy.
Wydaje mi się, że nawet najbardziej świadomi rodzice nie są w stanie uchronić swoich dzieci przed wszystkimi błędami. Mogą jedynie towarzyszyć im w drodze i mieć nadzieję, że wartości przekazywane przez lata okażą się silniejsze niż chwilowe pokusy.
A ja, mama dzieci, które dopiero zbliżają się do tego etapu, przyznam szczerze, że trochę mnie to przeraża. Jednocześnie daje mi to ważną lekcję.
Zobacz także




