
Irlandzka kampania "Pause Before You Post" zwraca uwagę na zjawisko sharentingu, czyli publikowania przez rodziców zdjęć i danych swoich dzieci w sieci. Eksperci ostrzegają, że takie działania mogą prowadzić do poważnych zagrożeń związanych z prywatnością i bezpieczeństwem.
Sharenting – niewinna publikacja czy realne zagrożenie? Eksperci nie mają wątpliwości
Sharenting, czyli dzielenie się w internecie zdjęciami i informacjami o własnych dzieciach, to zjawisko, które z roku na rok przybiera na sile. Rodzice robią to z dumy, miłości i chęci utrzymania kontaktu z bliskimi — ale skala tego zjawiska i związane z nim zagrożenia każą poważnie zastanowić się, czy każde kliknięcie "opublikuj" jest naprawdę bezpieczne.
Tysiąc zdjęć, zanim dziecko skończy 13 lat
Badania wskazują, że zanim dziecko osiągnie trzynasty rok życia, rodzice zdążą opublikować w internecie ponad tysiąc jego zdjęć. Wiele z tych treści zawiera szczegółowe dane — od geolokalizacji po codzienny harmonogram zajęć. Każdy taki wpis buduje cyfrową tożsamość, której dziecko samo nie tworzy i na którą nie ma żadnego wpływu.
Problem polega na tym, że raz wrzucone do sieci treści praktycznie nie znikają. Dziecko dorasta z historią, której nie kontroluje, i której konsekwencje mogą się ujawnić dopiero po latach. Jak podkreślają specjaliści od cyberbezpieczeństwa, publikowanie zdjęcia dziecka w sieci jest jak wrzucenie jego peselu do internetu — raz udostępniony wizerunek może trafić w miejsca, o których rodzic nawet nie pomyślał.
Deepfake i nowe zagrożenia w erze AI
To, co do niedawna brzmiało jak science fiction, dziś jest realnym ryzykiem. Specjaliści ostrzegają, że już około 20 zdjęć może wystarczyć do stworzenia wiarygodnego deepfake'a dziecka. W połączeniu z dodatkowymi informacjami wyciągniętymi z postów możliwe jest odtworzenie bardzo szczegółowego obrazu życia rodziny — co otwiera drzwi do nadużyć tożsamości, manipulacji i nieautoryzowanego wykorzystywania wizerunku. Eksperci alarmują: nie wrzucaj zdjęć dzieci do sieci, bo nie wiesz, kto je przetworzy.
O tym, jak poważna jest skala problemu, mówią też badania przytoczone przez innpoland.pl — specjaliści z Internet Watch Foundation raportują, że zwykłe zdjęcia dzieci są coraz częściej wykorzystywane przez przestępców do tworzenia realistycznych materiałów generowanych przez AI. Według raportu o sharentingu i prywatności dzieci jeden z przedstawicieli IWF stwierdził, że przestępcy wprost chwalili się, że potrafią stworzyć nagie zdjęcie dowolnego dziecka, mając do dyspozycji kilka zwykłych fotografii.
Kampania "Pause Before You Post" i siła jednego nagrania
W viralowym materiale z irlandzkiej kampanii "Pause Before You Post" pokazano dziewczynkę w centrum handlowym. Obcy ludzie witają się z nią po imieniu — bo widzieli ją wcześniej w sieci, na zdjęciach opublikowanych przez jej rodziców. Gdy mama pyta: "Czy znasz tego pana?", dziecko odpowiada, że nie. Ta scena precyzyjnie pokazuje, jak bardzo zaciera się granica między światem online a realnym, gdy dorosły publikuje prywatne informacje o dziecku bez refleksji nad tym, kto je zobaczy.
Inicjatywa ma jeden cel: zachęcić rodziców do chwili namysłu przed każdą publikacją. Bo każde takie kliknięcie tworzy trwały ślad cyfrowy.
Prawo zaczyna reagować
Świadomość zagrożeń rośnie nie tylko wśród rodziców, ale i ustawodawców. W Polsce rząd ogranicza sharenting nowymi przepisami w ramach ustawy Lex Kamilek — rodzice będą musieli wyrażać świadomą, szczegółową zgodę przed publikacją wizerunku dziecka. To odpowiedź na rosnące ryzyko związane z AI i kradzieżą cyfrowej tożsamości.
Debata wokół tego tematu nie jest jednak jednoznaczna. Niedawno Lil Masti założyła fundację i walczy o prawo do sharentingu, przekonując, że nie każde zdjęcie dziecka w sieci jest nadużyciem i że można to robić z uważnością. Eksperci od cyberbezpieczeństwa odpowiadają, że właśnie to poczucie kontroli i rozsądku bywa złudne — internet nie pyta o intencje, a algorytmy i przestępcy nie rozróżniają, czy zdjęcie wrzucono z miłości, czy dla zarobku.
Zobacz także
Źródło: instagram.com
