
Pokolenie milenialsów dorastało w świecie, w którym animacje nie były tylko rozrywką, ale emocjonalnym doświadczeniem, które zostało z nami na lata. Dziś, jako dorośli, wracamy do tych historii z zupełnie inną wrażliwością i zaczynamy dostrzegać w nich znacznie więcej niż kiedyś. Okazuje się, że pod warstwą baśniowej opowieści kryją się motywy, które nie zawsze były tak niewinne, jak mogło się wydawać w dzieciństwie.
Milenialsi wychowali się na Disneyu
Bajki Disneya to dla wielu pokoleń jedne z najpiękniejszych opowieści – nieodłączny element dzieciństwa i wspomnień, do których chętnie wracamy. Największy sentyment do klasycznych animacji ma chyba pokolenie milenialsów, które dorastało w czasach największego rozkwitu studia i premiery jego najbardziej kultowych produkcji.
Kanon animacji, który ukształtował pokolenie 30- i 40-latków
Dzisiejsi 30- i 40-latkowie wychowali się na "Małej Syrence", "Królu Lwie", "Toy Story", "Pocahontas" czy "Pięknej i Bestii". Dla wielu z nich to kanon, którego – mimo upływu lat – nie są w stanie przebić ani wcześniejsze, ani nowsze animacje. Dziś wracamy do tych historii razem z własnymi dziećmi – pokazujemy im filmy, które nas ukształtowały, i przeżywamy je na nowo, tym razem z zupełnie innej perspektywy. Ciekawe, że mimo zalewu nowych produkcji młodsze pokolenie coraz częściej wybiera własnych bohaterów – widać wyraźnie, że kult księżniczek przemija, a Zetki nie chcą Disneya, na którym wychowali się milenialsi.
Nie wiem, jak wy, ale dla mnie niektóre z tych bajek mają szczególne znaczenie. Najczęściej są to te, które miałam na własność na kasetach VHS i oglądałam bez końca – po przedszkolu, w weekendy, w każdej wolnej chwili. Zresztą takich pozycji z tamtych czasów było znacznie więcej niż te najbardziej rozpoznawalne, o czym przypomina świetne zestawienie zapomnianych bajek dzieciństwa – filmów animowanych, które oglądały dzieci lat 90.
Sceny, które ciągle ściskają za gardło
W wielu z tych bajek są sceny, które do dziś wywołują we mnie silne emocje. Wciąż mam łzy w oczach, gdy Mufasa ginie w kanionie, albo gdy Arielka marzy o byciu człowiekiem, mimo zakazów ojca i bólu po stracie matki. Jestem w tym zresztą nieodosobniona – Król Lew wzrusza mnie do dziś, ale moje dziecko patrzy na tę historię inaczej, co tylko potwierdza, jak bardzo klasyczne animacje działają na różne pokolenia widzów.
Motyw utraty rodzica w klasykach Disneya
Wielu fanów animacji Disneya zwraca uwagę na powtarzający się motyw – bohaterowie często tracą jednego z rodziców, najczęściej matkę. To nieprzypadkowe, bo mama w kulturze symbolizuje bezpieczeństwo, ciepło i bezwarunkową miłość. Jej brak oznacza pustkę, tęsknotę i konieczność szybszego dojrzewania.
W wielu klasycznych bajkach Disneya ten wątek powraca regularnie. Ojcowie znikają rzadziej, a dodatkowo pojawia się postać złej macochy – znana choćby z "Kopciuszka" czy "Królewny Śnieżki". Dopiero w nowszych produkcjach, szczególnie od lat 2000., zaczęto częściej pokazywać pełne rodziny – jak w "Księżniczce i żabie" (2009) czy "Meridzie Walecznej" (2012). Nic dziwnego, że kiedy zapytałam AI o najlepszą bajkę wszech czasów, od razu wskazała właśnie klasyki Disneya z tego okresu – produkcje, w których emocjonalna głębia wciąż jest nieporównywalna z nowszymi animacjami.
Brak matki w animacjach – odpowiedź w prywatnym życiu producenta
Co ciekawe, motyw nieobecnej matki bywa łączony z osobistą historią Walta Disneya. Choć wspomniane animacje z lat 90. powstały już po jego śmierci (zmarł w 1966 roku), jego sposób myślenia o opowieściach i emocjach bohaterów na długo pozostał obecny w studiu.
Trauma po śmierci matki twórcy studia
Disney dorastał w trudnym domu – jego ojciec był surowy i stosował kary cielesne. Z kolei matka, z którą był bardzo związany, zmarła tragicznie w 1938 roku w wyniku zatrucia gazem z wadliwego piecyka. Co szczególnie poruszające, urządzenie to było prezentem od samego Disneya. Według wielu źródeł przez lata obwiniał się o tę śmierć.
W tym samym okresie pracował nad "Pinokiem" i – jak opisuje Marc Eliot w książce "Walt Disney. Czarny książę Hollywood" – po tragedii usunął ze scenariusza wszystkie sceny z udziałem żony Dżepetta. W efekcie Pinokio wychowuje się wyłącznie pod opieką ojca.
W kolejnych produkcjach wizja pełnej, spokojnej rodziny z dwojgiem obecnych rodziców pojawiała się rzadko lub wcale. Widać, że mężczyzna mógł się mierzyć z pewną traumą, której nie miał możliwości przepracować.
Drugie dno bajek Disneya – co widzimy po latach
Z dzisiejszej perspektywy łatwiej dostrzec, że te bajki – choć skierowane do dzieci – opowiadają o bardzo poważnych emocjach: stracie, samotności, dorastaniu i potrzebie miłości. Być może właśnie dlatego tak mocno zapadają w pamięć i zostają z nami na całe życie.
Kiedy oglądamy je dziś razem z naszymi dziećmi, widzimy w nich coś więcej niż tylko kolorowe animacje – dostrzegamy ich drugie dno, a czasem także własne doświadczenia. Czasem jednak okazuje się, że pewne klasyki nie trafiają do współczesnych dzieciaków – sama kiedyś myślałam, że Flintstonowie rozbawią synów, a okazało się, że niektóre produkcje z naszego dzieciństwa po prostu przestały rezonować z nowym pokoleniem. Ale właśnie Disney jest tym wyjątkiem, który wciąż ma magię – tę, której trudno szukać w dzisiejszych produkcjach.
Źródło: wikipedia.pl, ostatniatawerna.pl, allears.net
Zobacz także
