
Sobotnie bajki z dzieciństwa w latach 90. miały swój niepowtarzalny klimat, który trudno dziś odtworzyć. Postanowiłam sprawdzić, czy moje dzieci poczują to samo, co ja kiedyś przed telewizorem. Szybko okazało się, że między naszymi światami jest znacznie więcej różnic, niż się spodziewałam.
Mam pewne ciekawe przemyślenia związane z bajkami, które oglądało pokolenie obecnych rodziców. Wszystko zaczęło się w ostatnią sobotę. To był weekend z tych spokojniejszych, kiedy dzieci mają więcej czasu — zgodziłam się, żeby obejrzały jakąś bajkę. Poprosiły mnie, żebym coś im włączyła i wtedy nagle wróciło wspomnienie z mojego dzieciństwa.
Sobotni rytuał z lat 90.
Sobotnie przedpołudnia w latach 90., kiedy razem z siostrą siadałyśmy przed telewizorem i oglądałyśmy kreskówki Hanna-Barbera. To był nasz mały rytuał, coś stałego i wyczekiwanego przez cały tydzień. Jeśli i wy dorastaliście na tych kreskówkach i chcecie sprawdzić, ile z nich pamiętacie, rzućcie okiem na quiz z kreskówek Hanna-Barbera — wyniki mogą zaskoczyć. Uwielbiałyśmy Jetsonów, Flintstonów i Scooby-Doo.
Pomyślałam, że to dobry moment, żeby pokazać dzieciom coś z tamtych czasów. Włączyłam pierwszy odcinek "Flintstonów" na YouTube (czy te kreskówki są dostępne na jakiejś platformie streamingowej?), przekonana, że choć trochę poczują ten klimat. Że może się zdziwią, będą zadawać dziwne pytania, może zaśmieją się z jakiegoś żartu.
Tymczasem po kilku minutach okazało się, że siedzę przed telewizorem sama. Synowie szybko stracili zainteresowanie i wrócili do swoich spraw. "Flintstonowie" nie mieli szans w starciu z ich ukochanymi "Oktonautami" czy "Bluey" — choć warto wiedzieć, że wszyscy kochają Bluey nie bez powodu: psycholodzy podkreślają, że australijska animacja naprawdę wzmacnia odporność psychiczną dzieci.
Co kryły stare kreskówki dla dorosłych
Trochę mnie to rozbawiło, a trochę zasmuciło. Bo dla mnie to była bajka, na którą czekały wszystkie dzieciaki. Był w niej humor, wyraziste postacie, charakterystyczny świat i coś jeszcze, czego jako dziecko nie do końca rozumiałam. Oglądając ją teraz, już jako dorosła, zaczęłam wyłapywać rzeczy, które kiedyś zupełnie mi umykały.
Żarty o mieszkaniu z teściową, przekomarzanie się między mężem a żoną, napięcia w relacji zięć-teściowa. To było subtelne, nienachalne, ale wyraźnie skierowane do dorosłego widza, bo pochodzące ewidentnie z jego realiów.
Nie zmuszam ich do swoich ulubionych animacji
Złapałam się na tym, że naprawdę dobrze się bawię i wiele żartów bawi mnie jako dorosłą, choć pewnie nie łapałam ich jako 7-latka. Przez te kilka minut wróciłam do tamtych sobót sprzed lat, ale jednocześnie zobaczyłam tę bajkę na nowo. Z większym zrozumieniem i dystansem. I pomyślałam, że przecież to nie jest nic wyjątkowego.
Wiele bajek było tworzonych właśnie w ten sposób. Miały bawić dzieci, ale jednocześnie dawać coś dorosłym. O "Shreku" mówi się o tym od lat, ale takich przykładów jest znacznie więcej i wcale ten zielony ogr nie był przełomem — jak widać po "Flintstonach".
Kiedyś nie zastanawialiśmy się nad tym, oglądając kreskówki. Dziś widzę, że to był świadomy zabieg. Twórcy wiedzieli, że rodzice często oglądają razem z dziećmi. I że warto dać im coś więcej niż tylko kolorowe obrazki i prostą fabułę. We "Flintstonach" to widać bardzo wyraźnie — żarty "dla dorosłych" nie mają podtekstu seksualnego, ale dotyczą spraw, z którymi jako dorośli stykamy się każdego dnia. Pod warstwą humoru i prostych historii kryją się obserwacje życia codziennego, relacji i rodzinnych napięć.
Bajki z lat 90. a dzisiejsze animacje — co się zmieniło
Moje dzieci tego nie zrozumiały i ja jako dziecko też nie, ale mnie wtedy zainteresowało coś innego. Dla dzisiejszych dzieci ta bajka pewnie jest po prostu zbyt wolna, zbyt mało dynamiczna, może też zbyt inna wizualnie od tego, do czego są przyzwyczajone. Ich świat jest pełen szybkich kadrów, intensywnych kolorów i natychmiastowej akcji.
Trudno oczekiwać, żeby nagle zachwyciły się czymś, co powstało kilkadziesiąt lat temu w zupełnie innych realiach. Podobne przemyślenia miała moja redakcyjna koleżanka, która pokazała synowi "Reksia". Przy okazji warto zauważyć, że bajki z lat 90 wcale nie były mądrzejsze niż te dzisiejsze — roiło się tam od przemocy, o której dziś nie pamiętamy przez pryzmat nostalgii.
I choć jest mi trochę smutno, że "Flintstonowie" nie porwali moich synów, to jednocześnie to rozumiem. Dzieci mają prawo wybierać to, co jest dla nich atrakcyjne i zrozumiałe. Nie wszystko z naszego dzieciństwa musi do nich trafić — to przecież normalne. Zresztą wiele tytułów z tamtych lat po prostu wypadło nam z głowy; dobre zestawienie zapomnianych bajek dzieciństwa przypomina, jak wiele perełek zaginęło w mrokach kaset VHS.
Które bajki łączą jednak pokolenia
Czuję jednak wdzięczność za to, że wiele innych bajek z mojego dzieciństwa oglądają ze mną chętnie. Są historie, które nadal potrafią ich zaciekawić i poruszyć (polecamy niezmiennie wszelkie produkcje Disneya). To daje mi poczucie, że mimo zmieniających się czasów, pewne rzeczy wciąż mają wartość i potrafią łączyć pokolenia.
Dobrze, że mamy dziś dostęp do eksperckiej wiedzy o tym, które produkcje naprawdę służą dzieciom — bajki z lat 90 które polecają psychologowie to konkretna lista tytułów, które warto pokazać dzieciom, bo uczą empatii, cierpliwości i relacji w spokojnym tempie.
Do "Flintstonów" może jeszcze kiedyś wrócimy. Dla odmiany: "Scooby-Doo" podobało im się bardzo. A jeśli rodzina z prehistorii zostanie tylko moim wspomnieniem sobotnich poranków, to też super.
Zobacz także
