
Na początku widziałam w tej bajce tylko chaos i infantylny humor, który działał mi na nerwy. Dopiero po czasie zrozumiałam, że pod tą prostotą kryje się coś, czego bardzo brakowało w moim dzieciństwie. To była pierwsza lekcja emocji, którą odrobiłam razem z własnymi dziećmi.
Bajka dla maluchów początkowo mnie irytowała
Moje dzieci są już na takim etapie, że "Bing" nie jest dla nich szczególnie atrakcyjny. Wolą bardziej rozbudowane historie, szybszą akcję i bohaterów, którzy ratują świat albo budują coś w świecie Lego czy Minecrafta. A jednak niedawno, kiedy odwiedziła nas przyjaciółka z trzyletnią córką, ten mały królik wrócił do naszego domu razem z nią.
I wtedy w mojej głowie pojawiło się wspomnienie sprzed kilku lat. Synowie byli mali, dokładnie w wieku córki przyjaciółki i potrafili oglądać "Binga" jeden odcinek po drugim. Czasem w nieskończoność, jakby te historie miały w sobie coś, co ich uspokajało i porządkowało świat. Wtedy ja patrzyłam na to zupełnie inaczej niż dziś.
Na początku ta bajka wydawała mi się po prostu irytująca. Wolna, momentami powtarzalna, czasem aż przesadnie dziecięca w swojej prostocie, z tymi dźwiękami, które brzmiały banalnie jak z jakiejś zabawki z muzyczką.
Miałam wrażenie, że nic się tam nie dzieje, a bohaterowie reagują zbyt emocjonalnie na rzeczy, które dorosłym wydają się banalne. Dziś wiem, że to było moje dorosłe spojrzenie, które nie miało jeszcze wtedy tej uważności, jaką mam teraz jako mama.
"Bing" okazał się dla mnie czymś znacznie ważniejszym niż tylko bajką dla przedszkolaków. To była moja pierwsza lekcja tego, jak dzieci naprawdę odbierają świat. Jak silne są ich emocje, jak szybko się pojawiają i jak bardzo potrzebują nazwania i zrozumienia. Ta bajka w prosty sposób pokazywała rzeczy, które my dorośli często komplikujemy, zamiast je po prostu zauważyć.
Z czasem zaczęłam widzieć, że każdy odcinek to historia o jakichś emocjach, które są naturalne niezależnie od wieku i nie wymagają oceniania. O złości, frustracji, niepewności, ale też o radości i potrzebie bliskości. I choć czasem miałam ochotę przewrócić oczami, to jednocześnie zauważałam, że moje dzieci naprawdę coś z tego wynoszą.
Nie tylko oglądają, ale uczą się reagować na świat. Taki przykład: dzięki odcinkowi o bezpańskim kotku do dziś powtarzam dzieciom zdanie o tym, że nie można zaczepiać zwierząt, których nie znamy.
To była pierwsza nauka o emocjach... dla mnie
Dziś moje dzieci rzadziej wracają do "Binga", ale ja uważam, że to był ważny etap mojego rodzicielstwa. Etap, w którym sama zaczęłam uczyć się, że emocje dziecka nie są przesadą ani problemem do wyciszenia, tylko informacją, którą trzeba usłyszeć.
Teraz, kiedy o tym myślę, przypomniało mi się też, że kiedyś miałam pewną refleksję o jednym z bohaterów. Chodzi o Pando, bohatera, który mnie irytował jeszcze bardziej niż Bing. Dziś patrzę na niego inaczej. Widzę u niego zachowania, które można rozumieć jako neuroatypowe lub po prostu inne niż standardowe u kilkulatków.
I to też była dla mnie ważna lekcja. Nie o tym, żeby wszystko akceptować bezrefleksyjnie, ale o tym, żeby najpierw spróbować zrozumieć, zanim się oceni, bo żadne dziecko nie jest takie samo jak drugie.
Rodzicielstwo nauczyło mnie, że nawet bajki, które wydają się chaotyczne albo głupiutkie, mogą otwierać ważne drzwi. Do rozmowy z dzieckiem, obserwacji emocji. A czasem także do lepszego zrozumienia samego siebie. Ja odkryłam, że prosta bajka nauczyła mnie czegoś, czego nie uczono dzieci lat 90. O emocjach i dziś musimy jako rodzice sami do tego dochodzić.
Dziś, kiedy widzę małe dzieci oglądające "Binga", mam w sobie dużo więcej spokoju niż kiedyś. Już nie myślę o tym, że to głupiutka czy irytująca animacja. Widzę raczej dzieciaki, które mają szansę nauczyć się sporo o świecie w tempie, które jest dla nich właściwe. I przypominam sobie, że ja też kiedyś musiałam się tego nauczyć i to wcale nie jako dziecko. Dziś więc najmłodsi mają trochę łatwiej, trzeba z tego korzystać.
Zobacz także




