kobieta przytula małe dziecko
Bycie wspaniałą mamą wcale nie oznacza, że inne dzieci też musisz lubić. fot. www.kaboompics.com/Pexels

Kocham swoje dzieci, ale przy obcych maluchach mam zawsze pewien dystans. Nie każdy dorosły musi mieć "instynkt cioci" – czasem wystarczy być dorosłym, który jest obecny, spokojny i zapewnia bezpieczeństwo. Każdy ma swoje granice, i to jest w porządku: dzięki temu opieka nad dziećmi nie staje się źródłem stresu.

REKLAMA

Kocham swoje dzieci, obce toleruję

Jestem mamą dwójki dzieci, ale nigdy też nie ukrywałam, że do obcych maluchów raczej nie mam podejścia. Są osoby, które świetnie sprawdzają się w roli cioci czy wujka — wchodzą gładko w obowiązki opiekuna, jeśli tylko jest taka potrzeba. Sama mam przyjaciółkę, która jest wspaniałą mamą, a do tego uwielbiają ją wszystkie dzieci znajomych i rodziny. Ma do nich tzw. podejście, potrafi znaleźć dla nich atrakcyjne zajęcia i wie, co zainteresuje najmłodszych.

Inne dzieci? Angażuję się, ale z dystansem

Ja natomiast jestem typem osoby, która swoje dzieci uwielbia i może z nimi spędzać niezliczoną liczbę godzin, ale do innych pociech mam pewien rodzaj dystansu. Co prawda, kiedy się skupię, wymyślam ciekawe zajęcia i potrafię w pełni zaangażować się w zabawę, na przykład gdy zajmuję się dziećmi szwagierki czy przyjaciółki, ale nie ukrywam — nie sprawia mi to ogromnej przyjemności.

Mam wrażenie, że mam instynkt macierzyński naprawdę w stosunku do własnych dzieci, ale wobec obcych maluchów ten instynkt nie działa tak naturalnie. Kiedyś sprawiało mi to poczucie winy w stosunku do swoich dzieci — czułam się okropną ciocią czy opiekunką — dziś jednak nie krępuję się tak myśleć, bo przecież nie pracuję w szkole ani w przedszkolu, aby musieć wiedzieć, jak zajmować się każdym dzieckiem, które spotkam.

Z drugiej strony uważam, że to nie tylko kwestia predyspozycji — rodzice po prostu lepiej potrafią zajmować się własnymi dziećmi niż cudzymi. Ostatnio trafiłam na Threads na wpis mamy nastolatków, która miała okazję opiekować się małymi dziećmi:

„Widzę, że można zapomnieć instrukcji obsługi do małych dzieci. Działa tylko pamięć mięśniowa, czyli wyczucie, co kilkuletnie dziecko może zrobić (zaraz się potknie, po coś sięgnie etc.) i reakcje na to są u mnie wręcz automatyczne. Co do tematyki rozmów, ciężko mi je dopasować do małego dziecka (tak to jest, gdy ma się w domu nastolatki).

Pewnie by to wróciło przy częstszym kontakcie, ale do tego nie dojdzie. Ja jestem ciocią, mam być obok i widuję dziecko sporadycznie; mogę podać chrupka lub picie, gdy ojciec dziecka prowadzi samochód — niemniej mój partner od początku zaznaczał, że świetnie radzi sobie sam i nie szuka drugiej mamy.

Ja nie unikam, ale też nie cisnę; mam swoje dzieci i potrzebę odpoczynku. Miałam już małe dzieci i wystarczy :)" — napisała użytkowniczka o nicku @anja.d.8.

Jako opiekun nie zastąpisz dziecku rodziców

Z pewnością znajdą się osoby, które będą oburzone tym, że kobieta nie chce angażować się w wychowanie dzieci swojego partnera (albo odwrotnie). Warto tu spojrzeć szerzej — tę sytuację opisują nawet jako typową dla kobiet, które zdaniem części społeczeństwa powinny „naturalnie" garnąć się do dzieci. Na natemat.pl pisali wprost o tym, że egoistki wolą żyć niż rodzić dzieci — i o tym, jak krzywdzące jest takie etykietowanie kobiet, które po prostu znają swoje granice i możliwości.

Mnie przyszło na myśl porównanie, że podobnie czasami czują się dziadkowie — swoje dzieci wychowali, ale było to lata temu i teraz, gdy mają zająć się wnukami, mogą czuć się przytłoczeni, bo nie pamiętają, jak opiekować się maluchami. Zresztą, jak pokazuje mamadu.pl, dziadkowie chcą dziś naprawić swoje rodzicielskie błędy — i robią to nie zawsze z korzyścią dla wnuków, co pokazuje, że każda rola opiekuńcza ma swoje granice i ograniczenia.

Granice są naturalne i potrzebne

Chodzi o to, że elastyczności i autentyczności w kontakcie z dziećmi można się nauczyć, ale wcale nie oznacza to, że trzeba być dla nich identycznym opiekunem jak mama czy tata. Rolą dziadków czy partnera rodzica nie jest zastępowanie rodziców — ich obecność powinna wspierać, a nie przejmować odpowiedzialność.

To doświadczenie uświadamia, że granice są naturalne i potrzebne. Nie każdy musi być urodzonym animatorem czy opiekunem dla wszystkich dzieci. Czasem obecność i spokój dorosłego są wystarczające — nie trzeba udawać, że potrafi się wszystko, co rodzice. Jak podkreśliła autorka posta: „Miałam już małe dzieci i wystarczy".

Szacunek wobec własnych granic uczy dzieci empatii

To zdrowe podejście, które pozwala czerpać radość z własnych dzieci, jednocześnie nie czując presji, by spełniać oczekiwania innych. Wychowanie i opieka to nie zawody, w których najlepszy opiekun dostanie medal — to przede wszystkim relacje, w których szczerość wobec siebie i innych jest kluczem.

Szacunek dla własnych granic nie sprawia, że nagle stajemy się najgorszym opiekunem dla dziecka. Wręcz przeciwnie — jak trafnie ujął to inny materiał na mamadu.pl, rodzicielstwo szybko weryfikuje mądralińskich: nikt nie ma gotowej instrukcji obsługi dla każdego dziecka, a pokora wobec własnych ograniczeń jest oznaką dojrzałości, nie słabości. Pokazuje to maluchom, że dorośli też mają swoje potrzeby, a to uczy je empatii i rozumienia, że ludzie na świecie są różnorodni.